Trasa nie jest łatwa, nie można odpuścić ani na moment. Kilka razy mało nie wyrżnęłam, ale jedziemy dalej. Prowadzimy. Stawka jest wysoka - Puchar Polski. Znowu się uda. Przede mną mieszanina psów, kundle, co jeden to inny - mniejsze, większe, jedna bez oka. Każdy ma swoją historię, każdy ma tyle samo serca do biegania.

Justyna Gettel i Roki, zaprzęgowy Labrador

Ale od początku

Był rok 2006. Nie pamiętam dlaczego trafiłam na forum Dogomania. Zakładając tam konto nie sądziłam, że odmieni to całe moje życie i postrzeganie świata. Poznałam tam osoby, z którymi do dziś mam kontakt, a zaczęło się od wpisu z prośbą o pomoc dla biednego huskiego - tak bardzo ujął mnie widok psa trzymanego na krótkim łańcuchu i opis jego agresywnych zachowań… Grono ludzi działało już, aby go wyciągnąć z bagna. Postanowiłam pomóc organizując bazarek, a kasę przeznaczyć na profesjonalny hotel z opieką trenerską. Jak się później okazało, opiekun psa raził go prądem, aby posprzątać obejście lub napełnić miskę wodą - stąd agresja w stosunku do ludzi. Jeden bazarek, drugi, kolejne. Piękny husky ponad dwa lata resocjalizował się w hotelu. Trzeba było płacić, ale w końcu udało się znaleźć chętnych na adopcję - żył we własnym domu do końca swoich dni i odszedł kochany.

Cała ta akcja dała mi dużo do myślenia i ukierunkowała postrzeganie świata zwierzęcego. Co prawda od zawsze pomagałam zwierzaczkom, które były w potrzebie, ale nie na taką skalę i nie w taki sposób. W czasie ratowania huskiego pojawiło się kilka innych psów - podbijanie wątków, aby nie spadły, ogłoszenia w sieci - na tyle, na ile było to możliwe, bo wtedy nie było Facebooka, OLX itp.

W 2008 roku zapadła decyzja - biorę psa. Z początku miał to być owczarek niemiecki długowłosy, ale naczytałam się o problemach ze stawami i zrezygnowałam. Wtedy przypadkowo trafiłam na zawody psich zaprzęgów w Warszawie i wpadłam. Lubiłam jeździć rowerem, więc taki husky byłby idealny. Zaczęło się od oglądania szczeniaków w hodowlach (już wtedy wiedziałam, że ma to być rzetelna hodowla zrzeszona w ZKwP, a nie rozpłodownie spod znaku Burka i kocurka), lecz po głębszych namysłach stwierdziłam, że nie mam czasu, aby uczyć szczeniaka wszystkiego od początku i podjęłam decyzję o adopcji dorosłego psa. Jak na złość w pobliżu miejsca zamieszkania nie było żadnego psa odpowiadającego moim kryteriom - chciałam jeździć z nim na rowerze. Znajoma z Dogomanii pewnego razu napisała do mnie: „Justyna, do schroniska trafił młodzian oddany przez chłopaka z braku czasu. Bierz!" Następnego dnia gnałam do Łodzi po psa. Wyszedł szczupły pajączek z niebieskimi oczyma i zawładnął moim życiem. Uwielbiał jazdę autem, więc wskoczył do samochodu jak do siebie, nawet się nie obejrzał. Miałam psa! Wzięłam dwa tygodnie urlopu od pracy, aby go poznać i ogarnąć. Był ideałem. Słuchał się, był grzeczny, lubił się bawić, aportował.

Po dwóch tygodniach musiałam wrócić do pracy - pies był wcześniej zostawiany sam w domu i nie było z tym problemów. Rano przed pracą długi spacer na załatwienie potrzeb i wyganianie się i pojechałam. Piesek w domu, radio włączone, ma zabawki i gryzaki. Po powrocie otworzyłam drzwi i aż się cofnęłam zastanawiając się, czy to aby mój numer mieszkania. Nie przypominałam sobie, abym robiła remont. Takiej demolki nie widziałam nigdy wcześniej, usiadłam i płakałam. Zniszczone było wszystko - podarta pościel, zerwane firanki z karniszami, obgryzione drzwi i meble, rozerwane ciuchy, wylana woda z miski po całej kuchni i przedpokoju, nawet ramy obrazów zjedzone, na dodatek pies dostał biegunki, więc była ona wszędzie, na każdej ścianie. Jak się później okazało, pies był chory na zapalenie jelit, które nawracało przez długie lata i miał silny lęk separacyjny. O ile do pracy na pierwszą zmianę wstawałam o 4:30, tak zaczęłam wstawać o 3:30, aby wybiegać psa. Latarka przytwierdzona do roweru i z samego rana kilkanaście kilometrów, jednocześnie leczenie jelit i umawianie się na kastrację. Po pół roku się wszystko ułożyło i na spokojnie pies zostawał na te 10 godzin w domu.

Ukryty talent - siberian husky

Ukryty talent

W 2010 roku zgłosiłam się na zawody psich zaprzęgów w klasie bikejoring. „A co mi tam, zobaczymy jak to jest" - pomyślałam. Gdy po dwóch dniach okazało się, że zajęliśmy 2. miejsce, euforia sięgnęła granic możliwości. „Jezu, ten pies coś potrafi, a ja potrafię go czegoś nauczyć!" - mówiłam sobie. W czasach kiedy zaczynałam, jedynym źródłem wiedzy było forum Stake-out. Nie było tam wiele o nauce czy trenowaniu, ale znalazło się kilka osób, które podpowiedziało mi, jak zacząć. Co prawda zrobiłam to wszystko po swojemu, ale dało to efekt. Najpierw spacer w szelkach, z linką w ręku i nauka komend. Potem delikatne truchtanie. Następnie, jeśli szło ok, to podpięcie pod rower i prowadzenie roweru, aby pies się nie bał i skumał, że ma być z przodu. Potem biegłam prowadząc rower i cały cykl od początku, aż w końcu wskoczyłam na rower i poszło. Pomiędzy treningami z moim psem nadal organizowałam bazarki na Dogomanii, ogłaszałam psy i nawet pokusiłam się o pomoc innym w różnych aspektach. Miałam niezłe doświadczenie z własnym psem. W kolejnych latach tak się wciągnęłam w wyścigi, że zaczęłam jeździć na wszystkie zawody organizowane w kraju i tak mam do dziś.

W sezonie 2011/12 razem z grupą dziewczyn założyłyśmy forum o adopcjach psów husky i zaczęłyśmy działać na szerszą skalę. Równocześnie zaczęłam jeździć jako wolontariusz do schroniska w Warszawie, gdzie wyprowadzałam na spacery północniaki, robiłam zdjęcia i ogłaszałam psy do adopcji. Kiedyś były inne zasady funkcjonowania schroniska i adopcji, więc aby ratować niektóre cięższe przypadki, podstawiało się osoby do adopcji. Nigdy nikt tego nie sprawdzał, więc nie było problemów. Wtedy też pierwszy raz wzięłam na dom tymczasowy szczeniaka husky. Mała 10-tygodniowa suczka przyjechała do mnie w piątek. Mój ówczesny pies-rezydent, Ziomek, był mega zdziwiony, że coś małego plącze mu się pod nogami, zabiera jego zabawki i pcha się do miski. Mała była wszędzie - zanim wyjęłam jej buta z pyska, już leciała z ładowarką do telefonu. Wtedy to dowiedziałam się, że nigdy więcej nie chcę szczeniaka w domu. Wytrzymałam 3 dni. Potem szczyla przejęła koleżanka, która miała doświadczenie z małymi szkrabami. Suczka poszła do adopcji, z której wróciła po jakimś czasie - było to 100% husky w husky. Ludzie nie podołali - lęk separacyjny i strasznie niszczycielskie zapędy. Dopiero gdy skończyła rok, znalazła kumaty dom i tam została do końca.

W międzyczasie zaczęłam trenować na hulajnodze z dwoma psami. Początki były bolesne. Niby jeździłam bez psów ucząc się balansu, ale dopiero podczepienie psów pokazało słabości. Na początku podczepiałam do mojego Ziomka suczki - lepiej się z nimi dogadywał, dlatego biegał z panienkami, ale pewnego dnia trafił na dom tymczasowy pies, z którym mój husky dogadał się znakomicie. Nie rozumiałam, od czego to zależało - jedne tolerował, drugie uwielbiał, na jeszcze inne reagował agresją. W tym czasie odkryłam też inną rzecz - mój kastrat nie zachowywał się jak kastrat! Wszelkie zachowania po prostu mi nie pasowały do standardu. Jak się okazało miałam nosa - wiedziałam, że Ziomek jest wnętrem, a przy pierwszym zabiegu nie wykryto na USG jądra i uznano, że go nie ma. Jednak, jak się okazało, ono cały czas tam było i zostało wykryte dopiero przy drugim USG. Także mój pies był kastrowany dwa razy, bidulek.

Trenując w większej grupie ludzi można było podczepiać większe ilości psów - na treningi przyjeżdżali ludzie już z adoptowanymi od nas psami oraz ci, którzy chcieli wybiegać swoje psy oraz tacy, którzy dopiero szukali psa do adopcji. W lesie było głośno. Wtedy też miałam okazję jechać quadem z czternastką psów. Udało się to dzięki ogarniętym liderom. Różnymi zrządzeniami losu moje drogi rozeszły się z tymi ludźmi i od 2013 roku dołączyłam do większej fundacji, w której sama byłam sobie sterem i zajmowałam się adopcjami psów husky, choć czasem trafiały się też inne. Poznałam człowieka, który kiedyś był maszerem, kupiłam od niego hulajnogę, którą mam do dziś i hotelowałam u niego psy. Jako iż jego działalność hotelowa nie była zarejestrowana, mógł zaoferować mi atrakcyjne ceny za usługi, o których wysoką jakość mogłam być spokojna.

Od wtedy zaczął się u mnie rozdział większej ilości czworonogów. Całkiem przypadkowo pod moje skrzydła trafił pies w typie labradora, który został wyciągnięty ze schroniska w Radysach. Wtedy ludzie nie wiedzieli jak ogromne i złe jest to schronisko. Chudy, ciapowaty, ale na wysokich łapach. Zakochałam się w jego charakterze, był karny, słuchał się - całkowite przeciwieństwo wariatów haszczaków. Pewnego razu, robiąc trening w hotelu, psy biegały po podwórku, gdy zakładałam im szelki. Wszystkie były już ubrane i została mi para szelek w ręku - czy to było przeznaczenie? Czarny labrador podleciał do mnie, usiadł i wsadził głowę w szelki. „A czemu nie?" - pomyślałam. Podpięłam go z tyłu i doznałam szoku. Pobiegł tak, jakby robił to całe życie. Pełna para od samego początku. To był czas, kiedy zaczęłam trenować z innymi ludźmi. Posiadałam już licencję zawodniczą, dlatego na treningach ciągle słyszałam „Bo ty zawodowo trenujesz." Nigdy tego nie rozumiałam. „Jak zawodowo? Jestem taka sama jak Wy." - odpowiadałam.

Psie zaprzęgi - bezdomniaki

Im nas więcej, tym weselej

Pewnego razu znajoma poprosiła mnie o podpięcie jej psów do mojego zaprzęgu. Wózek trzykołowy i cztery psy. Na przód poszedł mój pies i suczka znajomej, a z tyłu dwa samce. Przejechałam może z 200 metrów i wyrżnęłam jednego z największych orłów w swoim życiu. Wtedy nauczyłam się jednego - nie podpinaj obcego psa na przód zaprzęgu. Suczka koniecznie chciała pobawić się z psem z tyłu, zawinęła mi cały zaprzęg, a ja łokciem zebrałam cały szuter z drogi. Do dziś wyznaję zasadę - nowe psy na tył, chyba że wcześniej coś biegały, to wtedy ewentualnie na środek. Liderzy są najważniejsi, więc na przedzie są moi. Czarny labrador został przeze mnie adoptowany i został moim liderem zaprzęgu. Dzisiaj ma ponad 8 lat, ale dalej mnie zachwyca całym sobą.

Na zawodach zaczęłam jeździć wózkiem z czterema psami. Miałam na stałe dwa, a resztę dobierałam od znajomych. Pewnego dnia roku 2015 zobaczyłam na stronie schroniska w Radysach piękną suczkę husky bez oka. Szybkie wydarzenie na Facebooku, zebrana kasa na hotel i kilka dni później gnałam po nią autem. Dasza - takie imię dostała od samego początku - świetnie wpasowała się w towarzystwo innych psów, oprócz mojego Ziomka.

Pierwszy raz widziałam, aby mój pies bał się drugiego psa. Dasza świetnie wyczuła, że to ona może rządzić i wykorzystywała to na każdym kroku. Potrafiła podczas gonitw i zabaw psów odłączać mojego Ziomka od stada i zaganiać go na bok. To było coś niesamowitego - potężny samiec robił się maleńki przy małej, krępej suczce husky.

Dasza po przejściu operacji, w trakcie której był czyszczony i zaszyty oczodół oraz kastracji, zaczęła szukać domu. Była cudowną sunią, grzeczną. Problemem dla innych, bo nie dla mnie, był brak oka. Każdy się litował, ale nikt nie chciał. Pewnego razu podpięłam ją pod zaprzęg, żeby zobaczyć, jak to będzie. Była niesamowita. Mocno skupiała się na pracy. Uwielbiała wodę, więc zawsze analizowałam, z której strony będę ją mijać i ustawiałam Daszę brakiem oka w tę stronę. Pewnego dnia stwierdziłam, że kto nie ryzykuje, ten nie żyje i podpięłam ją jako liderkę. Strzał w dziesiątkę - dopóki nie odkryła, że z tyłu biegnie Ziomek. Tak się oglądała, tak kombinowała, że aż musiałam zamienić ich miejscami. Przez pewien czas byłam pewna, że biegnie aby go dorwać, ale kiedyś podpięłam bez Ziomka i także zasuwała jak mały samochodzik. To był pies z talentem i ogromnie się cieszyłam, że odkryłam ją w schronisku. Jeździła ze mną na zawody, aż pewnego razu na Mistrzostwach Polski zobaczył ją przyszły opiekun. Po zawodach podszedł zapoznać się z Daszą i swoim psem. Była chemia, a Dasza znalazła dom, biegała w zaprzęgach. Dziś już jest na emeryturze. Inną fajną adopcją był pies Snowy. Przyjechał do hotelu ze Szczecina, gdzie pierwsze swoje kroki stawiał w canicrossie z moją przyjaciółką, która w tamtejszym schronisku zajmowała się adopcjami psów husky. Dzięki zdjęciom ze śnieżnego treningu, na których biegnie obok Rokiego, wypatrzył go biegacz. Snowy do dziś trenuje ze swoim opiekunem dłuższe dystanse. Inny samiec znalazł dom u maratończyków.

W 2016 roku zaczęłam jeździć w klasie dużych zaprzęgów. Szóstka psów na wózku. To było wyzwanie. Ziomek jako lider, chociaż chciałam, aby Roki biegł w parze z nim, niestety panowie nie dogadywali się razem. Ziomek rządził i nie uznawał konkurenta mimo dojrzałego już wieku.

W tym czasie z łańcucha odpięłam maleńką suczkę husky, która okazała się psem z papierami. Nie omieszkałam oznajmić światu, które polskie hodowle omijać szerokim łukiem i robię to do dziś. Heroina trafiła na DT, ale jedno podpięcie pod zaprzęg zadecydowało, że zostaje. Będąc domem tymczasowym i zajmując się adopcjami psów nie raz i nie dwa miałam ochotę zostawić sobie jakieś psy.Rozum podpowiadał jednak, że mieszkanie w bloku na 14 piętrze w centrum Warszawy nie jest z gumy, a i sąsiedzi nie przepadali za moją osobą. Ale te spośród psów, które zostawały, miały coś w sobie. Nie jestem w stanie wytłumaczyć co, bo oprócz świetnej pracy w zaprzęgu liczą się charakter, życie w stadzie, karność itp. W tym samym roku, z ówczesnym towarzyszem życia wynajęliśmy dom pod Warszawą. Mieliśmy wtedy razem szóstkę psów. Pod koniec roku razem z jedną z największych fundacji ratujących zwierzęta przeprowadziliśmy interwencję, z której 6 szczeniaków i dorosły samiec trafiły pod moją opiekę. Dwa szczeniaki trafiły do indywidualnych domów tymczasowych, samiec pojechał do hotelu, a 4 szczeniaki zostały z nami. Jak się okazało, psy miały po 9 miesięcy, ale ze względu na złe odżywianie, warunki w jakich żyły i niewiadomego pochodzenia ojca wyglądały jak karzełki. To było wyzwanie, gdyż na podwórku biegało już 12 psów (W międzyczasie znajomi podrzucili swoje psy pod opiekę z powodu wyjazdu). Pojawiały się pierwsze cieczki, a wykastrowane samce brały się za łby .Wyzwaniem było rozdzielanie walczących psów, a nawet ciapowaty labrador pokazał, jaki jest silny i nie da sobie w kaszę dmuchać.

Justyna Gettel - bikejoring

Zaprzęg jedzie dalej

2017 rok był przełomem w karierze startowania w zawodach psich zaprzęgów. Zdobyłam Puchar Polski w klasie sześciu psów nierasowych, co dało mi przepustkę do startowania w Mistrzostwach Świata, które odbywały się w Polsce, pod Poznaniem. Koszta tych zawodów były ogromne, ale wiedziałam, że albo teraz, albo nigdy. Kupiłam wózek czterokołowy, trenowałam z psami, aby wypaść jak najlepiej. To była koronacja pracy z psami. Byłam tam z moimi burkami. Wystartowaliśmy, dojechaliśmy do mety i nie mieliśmy najgorszego czasu. Poznałam wiele osób ze świata, które były pełne podziwu dla psów, o których opowiadałam. Szare burki nawet fajnie biegały. Dało mi to kopa do jeszcze dalszego działania.

I wtedy przyszedł rok 2018, w którym dowiedziałam się, że mój najukochańszy pies ma chłoniaka. Wydałam majątek na wizyty u onkologów, leki, lekarzy, badania. Moje prywatne życie także się zmieniło, ale to akurat był największy plus całej sytuacji, bo jak się okazało wampiry energetyczne istnieją i dzięki pozbyciu się ich nabrałam sił. Walczyłam z moim Ziomkiem trzy miesiące. Przegraliśmy walkę o życie w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Zamknął się dla mnie pewien etap i jak się okazało - dla wielu innych osób też, bo razem z Ziomkiem byliśmy symbolem, że bezdomniak też potrafi i też może. Do dnia dzisiejszego płaczę za nim, pomimo że życie toczy się dalej. Dwa tygodnie po jego odejściu zdobyłam brązowy medal Mistrzostw Polski. Dla niego. Szóstka psów pobiegła pierwszy raz bez swojego przewodnika i mentora. On uczył wszystkie psy biegania w zaprzęgu. On rządził stadem. Chyba pierwszy raz to napiszę, ale z dniem jego odejścia coś we mnie pękło. Odsunęłam się od tak intensywnych adopcji, które prowadziłam wcześniej. Nie brałam żadnych psów na DT. Pomagałam bazarkami i ogłoszeniami. Coś odeszło, nie wiem co i kiedy wróci. Zapewne dużo osób to zauważyło, ale Ziomek umierając zabrał część mnie.

Justyna Gettel na zawodach zaprzęgowych

Na początku roku odebrałam psa kompletnie niezwiązanego z zaprzęgami. Pierwszy raz miałam małego psa na DT - shiba inu. Znałam tę rasę wcześniej, wiedziałam, że to indywidualiści, charakterne psy. Już po jednym dniu wiedziałam, że mam przed sobą mega trudne zadanie. Fibi trafiła do mnie jako 7-miesięczny pies z chowu klatkowego. Nie potrafiła chodzić, bała się źdźbła trawy, ludzi, dźwięków i całego świata wokół niej. Przez pierwszy miesiąc wychodziła na spacer na smyczy bez obecności psów. Czuła je na podwórku oraz w domu, ale nie miały styczności. Gdy już nauczyła się w miarę normalnie poruszać na własnych nogach, to okazało się, że musimy poddać ją operacji usunięcia mleczaków, gdyż 6 sztuk nie chce wypaść. Przy okazji zdjęcia RTG wyszło, że ma przetrąconą szczękę - zalecenia lekarzy były takie, aby unikać gryzienia. Fibi przeszła na puszki, a potem na surowe mięso jak reszta stada.

Zapoznanie z psami zaczęło się od jednej z „ważniejszych" suk w stadzie, która bez problemu ją zaakceptowała. Potem przyszła kolej na kolejne suczki w inwentarzu. Wąchanie, machanie ogonami, było OK. Samce też zaakceptowały małą, ale nie stanowiła ona punktu ich większego zainteresowania. Głównie dziewczyny bawiły się razem. Bardzo fajnie wpasowała się w stado i dołączyła jako ósmy pies. Wiedziałam, że zostanie na stałe. Jej lęki, bojaźliwość, strach i nieumiejętność akceptowania obcych ludzi i psów potwierdziły moje obawy o znęcaniu się nad nią oraz o życiu w klatce. Dzisiaj Fibi dzieli życie z Rokim i Heroiną. Jak się okazało na początku roku 2020, prawdopodobnie ma wady genetyczne, które doprowadziły do wady serca - migotania przedsionków oraz do padaczki na tle nerwowym. Ogromna ilość pieniędzy poszła na badania, aby wykluczyć inne schorzenia. Bierze leki, jest pod opieką kardiologa i neurologa. Muszę ograniczać jej przeżycia do minimum. Miała etap w życiu, że jeździła na zawody i całkiem fajnie sobie radziła ze swoimi lękami, niestety wszystko pękło jak bańka mydlana. Fibi jest moim największym wyzwaniem w pracy z psami. Czasami staję na głowie, aby do czegoś ją przekonać, coś nauczyć jednocześnie uważając na jej zdrowie.Nauczyła mnie ogromu cierpliwości, co przy moim wybuchowym charakterze jest cudem.

W 2019 roku zdobyłam brązowy medal Mistrzostw Polski w klasie ośmiu psów. Połowa składu to były adopciaki, a połowa psy rasowe innych zawodników. „Zaprzęg chaosu", „zbieranina Justyny" - tak słyszałam. Trzy tygodnie po tych zawodach na raka odeszła suczka, która biegała od kilku lat w moim zaprzęgu. To był drugi cios. Równo rok i jeden dzień po Ziomku. Kolejne załamanie, z którego długo się podnosiłam. Wtedy też zaczęłam inaczej podchodzić do moich psów. Heroina na zawodach doprowadzała się do odcięcia. Biegła dopóki nie padła. Zaczęłam drążyć, co się z nią dzieje, bo do tej pory nie sprawiała żadnych problemów. Badania, prześwietlenia i ciągle wychodziło na to, że jest zdrowa. Zaczęłam trenować z nią indywidualnie. Razem z lekarzami weterynarii, którzy od lat prowadzą mi psy stwierdziliśmy, że treningi doprowadziły do tego, iż psy świetnie biegają, szybciej niż wcześniej, a Heroina przez krótkie łapki po prostu nie nadąża. Serce do biegania ma przeogromne, ale niestety budowa nie pozwala dorównać tym z długimi łapami.

Justyna Gettel z całą ferajną na wózku zaprzęgowym

Warto było

Rok 2020 jaki był jaki był. Skupiłam się na swoich psach, które potrzebowały mnie, a nie mnie i reszty psów. Sezon zaczynamy treningami z Heroiną na liderce tak, aby to ona narzucała tempo. Grudzień to czas kiedy mogę spokojnie podpinać ją na innych pozycjach. Aktualnie trenuje ze swoimi psami i biorę psy znajomych raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie. Po konsultacjach wiem, że przy stanie Fibi wprowadzenie nowego psa może być ciężkie, a chciałabym adoptować coś młodszego ze względu na Rokiego, który ma już ponad 8 lat i nie młodnieje, pomimo że sylwetka i kondycja dalej rewelacja. Co będzie - czas pokaże. Przez 14-15 lat zajmowania się adopcjami psów przewinęło się ich przez moje ręce około 250. Nie znam dokładnej liczby. Każdy z nich czegoś mnie nauczył, prawie każdego pamiętam. Większość przynajmniej raz była podpięta do zaprzęgu. Przez te wszystkie lata naczytałam się ogromu artykułów, wysłuchałam tysięcy ludzi, ale nic człowieka nie nauczy tyle, co obcowanie z psami na co dzień. Mój pierwszy pies to był królik doświadczalny, na którym testowałam różne praktyki, a które wykorzystywałam w późniejszej pracy z innymi. Dlatego nie był ideałem, ale zmienił moje życie na zawsze.

Zdjęcia: Izabela Gettel Photography

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .