In memoriam

Orso 17.11.2007 -23.02.2021

Pisanie tych kilku artykułów wyzwoliło masę wspomnień. Chodzę na spacery z 13-letnim Orso, a przed oczami mam ciągle nasze pierwsze wspólne lata. Na przykład pierwszy trening ratowniczy Orso. Tu zaczynają się pojawiać osoby, które były (i są) bardzo ważne dla mnie. Niektóre będą pod znanymi tylko niektórym pseudonimami i niech tak zostanie. Nie wiem, czy chciałyby być publicznymi bohaterami. Inne pozwolę sobie wymienić z imienia i nazwiska, bo od lat pełnią funkcje społeczne.

Pierwszy pojawi się Gajowy. Nie był pierwszą osobą związaną z ratownictwem, ale właśnie obraz Gajowego pojawił się pod hasłem: pierwszy trening.

Miejsce to parking przed garażami Jednostki Ratowniczo Gaśniczej nr 2 w Nowym Sączu. Orso ma jakieś 6 miesięcy. Jest tu pierwszy raz. Ja nie znam człowieka, ale człowiek zaczyna bawić się z Orsem. Szarpakiem, w gonitwę, przeciąganie. Orso wniebowzięty. Gajowy też wydaje się usatysfakcjonowany.

Kolejne miesiące to będą już regularne spotkania, w swojej liczbie zlewają się w jedno. Jeden wielki trening. Miałam wielkie szczęście, że trafiłam akurat w to miejsce.

Dzień zaczyna się ok. 6. Kto mnie zna, wie, że dla mnie to 2 w nocy. Ale czego się nie robi, kiedy ma się małego kotleta, żądnego przygód i działania. No więc szaro, buro lub słonecznie, zwlekam się z łóżka, pomijam takie drobnostki, jak mycie czy śniadanie i wychodzę z psem. Pies w przeciwieństwie do mnie pełen zapału. Teren wokół domu jest ogromny, łąka, za nią las las las, aż po Jaworzynę Krynicką lub dalej, gdzieś na Słowację. Orso ma to w nosie. On nie chce tak jak inne psy biegać, wąchać, łapać nornic i tropić saren. On chce, żebym ja robiła coś z nim. Geny takie. Pies-podnóżek, pies-przydupas, pies-pracownik miesiąca. Ponieważ stado krów sąsiada na łące jest dla niego nietykalne, bawimy się piłką i szarpakami. W zabijanie szarpaka, gonienie piłki. Szukanie piłki rzuconej między krowy. Szarpaka schowanego przeze mnie w szopie z drewnem. Po godzinie brykania ja muszę iść do pracy, on ze mną. W samochodzie ideał, koncert i protest song zaczyna się, kiedy próbuje zająć się czyszczeniem kojców, wyprowadzaniem psów na spacery. Orso nie chce siedzieć sam, on chce ze mną. W sumie tyle mu wystarcza, kiedy jest ze mną, jest znowu ideałem. Skupionym, współpracującym. O ile jesteśmy w ruchu. Każda próba uziemienia psa kończy się protestem. On nie chce leżeć. On chce pracować. I to był najtrudniejszy element do wypracowania w naszym życiu. Przerwy, odpoczynek. On przygotowany (geny!) do całodziennej ciężkiej pracy, po kilkanaście godzin na dobę nie rozumie naszego dziwacznego systemu pracy. On chce cały czas. Nie godzinę, dwie, trzy. Nie ma znaczenia, jaki był to rodzaj pracy czy zajęć. Posłuszeństwo, szukanie zabawek w trawie, praca z pozorantami na treningach, wędrówka po mieście, frisbee. Każda jest dobra, każda jest fajna i ma trwać!

Poszliśmy raz na spacer. 28 km po górach. Ja po powrocie usiadłam pod ścianą, wyciągnęłam nogi i patrzyłam tępo przed siebie, nie mając ochoty nawet na jedzenie. On poszedł do przedpokoju, poniuchał w bagażach i wrócił z piłeczką, żeby mu porzucać…

Myślę, że podobne wspomnienia ma każdy przewodnik aktywnego, użytkowego psa. I wielu tzw. „zwykłych" posiadaczy „zwykłych" psów.

Nie ma psów zwykłych i niezwykłych. Każdy jest niezwykły, nie ma drugiego takiego samego. Żaden z nich nie jest pluszakiem, każdy ma swoje potrzeby związane z potrzebami swojego gatunku. Każdy potrzebuje wspólnoty (np. z przewodnikiem), polowania (np. na piłeczkę), swojego terytorium (nawet jeżeli ograniczy się do legowiska/klatki), poczucia bezpieczeństwa. To ostatnie rośnie również wraz ze wzrostem dokładności komunikacji. Im lepiej rozumiemy, co przekazuje nam druga istota, tym bardziej komfortowe jest przebywanie z nią.

Orso, mój pierwszy pies pracujący wyrwał mi z zadka całkiem sporo piórek. Codziennie boleśnie uświadamiał mi, że kontrolę to ja mam najwyżej nad tym, gdzie on się znajduje, a i to nie zawsze.

Potem przyszły egzaminy. Najpierw długa podróż, zdaje się, że nasz pierwszy egzamin był w Pionkach. Z Nowego Sącza to niemal drugi koniec świata. Nie pamiętam wielu szczegółów podróży, pamiętam, że po zaliczonym teście posłuszeństwa przypomniałam sobie, że cały dzień nie jadłam, że kolejnego dnia była piękna pogoda.

Pamiętam oczekiwanie na swoją kolej. To samo uczucie, jak lata wcześniej, na rozprężalni przed zawodami. Kiedy wjeżdżała na parkur para poprzedzająca bezpośrednio mnie i głos z megafonu przypominał: witamy na parkurze jeźdźca X na koniu Y, a przygotuje się… I to ten dobry moment na zmianę pieluchy i 2 głębsze wdechy. Zadziwiające, jak na treningach wydaje się człowiekowi, że wszystko już opanował, a w tej sekundzie na zawodach nagle ma przed oczami obraz swojej technicznej nędzy, z detalami.

Jednak to bardzo wartościowe uczucie. Choćby po to warto jeździć na zawody: żeby poznać swoje braki. Bo większość z nich, tych które migają nam przed oczami 4 minuty przed startem, nie są wyimaginowane. Są prawdziwe. Zwykle tylko wyolbrzymione stresem.

Na pierwszych egzaminach ratowniczych jeszcze nie widziałam analogii, jeszcze nie potrafiłam tego uczucia przekuć w nic pozytywnego.

Wtedy, pamiętam, pożyczyłam dla Orso szorki, swoich nie miałam, a tu dostał takie prawdziwe, strażackie. I dzwonek też dostał, też dostał pierwszy raz… Tak, uważny doświadczony czytelniku, ty już wiesz, że to były pierwsze gwoździe do trumny tego egzaminu, ja się o tym dowiedziałam dopiero 40 minut później, po dogłębnym poznaniu sektora, niestety zabrakło tylko dwóch informacji: gdzie są pozoranci.

Pamiętam, że było słonecznie, a ja szłam z sektora w deszczu. Teraz też przypominam sobie starą zasadę: kiedy zdasz – dzwonisz do wszystkich. Kiedy nie zdasz, to oni dzwonią do Ciebie.

Siedziałam pod drzewem, oszołomiona, że mój idealny, zajebisty Orso przez 40 minut biegał, odwodnił się obsikując wszystkie krzaki i nie znalazł ani jednego pozoranta. Gorzej było niż myślałam, komisja wiedziała, że owszem, znalazł, tylko nie oszczekał.

No i siedziałam sobie, a ludzie dzwonili, pytając jak poszło…

I to przeżyłam z nim jeszcze trzy razy!!! Mój pierwszy egzamin zaliczyłam dopiero za czwartym razem. Tak sobie myślę, że to było bardzo dobre dla mnie.

Egzamin powinien świadczyć o dojrzałości zespołu, nie tylko o jego umiejętnościach technicznych, a ja byłam zielona jak Grenlandia. Znaczy biała. Znaczy guzik umiałam.

Niezdany egzamin, niezaliczone zawody, nieudany start są cholernie cenne. Zaliczone i zdane cieszą. Bardzo. Jakieś półtorej dnia. Nie pamiętam, gdzie zaliczyliśmy pierwszy raz, naprawdę. Ani pogody, ani miejsca. Za to te niezaliczone egzaminy jak widać całkiem nieźle. Porażki rozpamiętuję dużo dłużej, niż zwycięstwa.

Przełomem okazał się start w zawodach IRO. Nagle starty i egzaminy przestały być jakimkolwiek problemem, chodziłam na nie, żeby odebrać co moje, czyli, jeżeli mój pies był w formie, jeżeli ja wiedziałam, po co przyszłam, to szło. A kiedy nie szło, to też wiedziałam, dlaczego, mogłam sobie ten element wyciągnąć, przemyśleć i przepracować. Uczucie niepokoju ogarnia mnie tylko przed akcja ratowniczą, wobec wysokości tej stawki nigdy nie mam pewności, że potrafię to zrobić idealnie. Zaraz jednak uspokajam się, że przecież zrobię to najlepiej jak potrafię, że sprawdzałam to dziesiątki razy, że mój pies przecież dziesiątki razy pokazał, że potrafi pracować.

Tak wygląda 14 lat w skrócie kilku stron A4. Pomiędzy stronami ukryte to, czego opisać nie potrafię, nie mogę. To, czego jeszcze nie wiem.

Każdy zespół ratowniczy, człowiek i pies, to indywidualność. Unikat. Łączą nas jednak te same emocje, to samo drgnienie na dźwięk szczekającego w lesie psa, lub wyłaniającego się spomiędzy drzew z bringselem w pysku. Łączą nas godziny treningów, dyskusji, prób. Porażki i sukcesy. Łączą nas też wspólne miejsca (kto z polskich przewodników psów nie ma fotki na wraku śmigłowca z poligonu na JRG2 w Nowym Sączu?)

Oby nas wszystkich nasza pasja niosła dalej, obyśmy się nadal mogli spotykać, jak najczęściej na wspólnych ćwiczeniach, jak najrzadziej na akcjach! I oby zawsze wszyscy wracali z nich zdrowi i cali.

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .