Dzień, w którym jedzie się po wymarzonego szczeniaka jest wyjątkowy. Pamiętam odbiór Orso, pamiętam dzień, w którym przyjechała Guerra. Ba, do dziś pamiętam, na którym parkingu przy A4 malutki Orso sikał. Pamiętam doskonale ten moment, kiedy wzięłam szczeniaka na ręce i wiedziałam już, że teraz jest mój.

Razem z psami przyszły oczekiwania, nadzieje, problemy. Pierwsze rozczarowania również. Jak to, ten wspaniały, wybrany, wyselekcjonowany, pierwszy w życiu rasowy! I on właśnie drze nieprzytomnie ryja. Nie, nie szczeka. Piłuje od rana do wieczora. Wszystkie inne psy potrafią siedzieć cicho. A ten zostawiony w kojcu szczeka. W klatce szczeka. Na placu szczeka. Cholera, śpi i przez sen szczeka.

Za to kiedy ma szczekać, to już inna bajka. Nie odpala! A zawsze szczekał!

Ciągnie na smyczy, „gupie” goldenki maszerują obok, ogonkiem machają, a ten rwie do przodu. Smaczka zje i długa. Szarpnięty patrzy na mnie i wzrokiem mówi „A u Ciebie to wszystko dobrze?” i znowu wydziera.

A jak poszedł za zającem? Też pamiętam to wspaniale.

Nie pamiętam chwili, kiedy mój syn postawił pierwsze kroki, ale jak Orso poszedł w długą pamiętam do dziś. Z detalami. Uczucie złości, bezradności, wstydu i na końcu dopiero cienia zmartwienia, że nie wróci. Wrócił dziad. Nawet szybko dość.

Zając jest jednak bardziej wybiegany od 9-miesięcznego kotleciego („kotlet” to pieszczotliwie cattle dog, australian cattle dog, ACD) podrostka.

Razem z Orsem przyszły ogromne zmiany. Całkowita zmiana pracy, całkowite poświęcenie się psom. Właściwie do dziś patrzę na ludzi pracujących w korpo, na etatach i posiadających kotlety z mieszaniną podziwu i zdziwienia.

Pamiętam, ile czasu i wysiłku pochłaniał mój młody pies. Był ze mną właściwie 24 godziny na dobę, przez pierwsze trzy lata swojego życia, a i później niewiele mniej.

Z tego okresu mam mocne przekonanie, że to nie treningi kształtują psa, tylko to, co dzieje się pomiędzy nimi. Trening uczy technik. Te zaplanowane sesje, przeprowadzane wg jakiegoś planu, tematyczne, ułożone. Planowy trening to 30 minut dziennie. Może godzina. Lub dwa razy w tygodniu grupowy. To, co przed i po „treningu” jest lekceważone. Bywa lekceważone. Dopiero w czasie wspomnianej kiedyś dyskusji na temat „kiedy rozpoczyna się trening psa ratowniczego” uświadomiłam sobie, że życie to trening. Ma różne formy, mniej lub bardziej techniczne, jednak pies, który nie śpi, trenuje.

Okazało się również, że najtrudniejszym wyzwaniem było nauczenie mojego psa przerwy w treningu. Zerwania połączenia ze mną, zajęcia się samym sobą, ale w sposób możliwie jak najmniej aktywny.

Wiele lat później doszła świadomość, że nie każdy pies będzie tak samo aktywny, tak samo chętny do współdziałania, nie na każdym polu. Śmieszne i straszne, że na to potrzebowałam lat.

Orso był psem nr 1 pod każdym względem. Oczywiście, że miałam wcześniej psy. Orso jednak jest pierwszym, który jest nie tylko obok, ale i ze mną. świadomie staram się na niego wpływać, z czasem pozwoliłam sobie świadomie poddawać się czasem jego wpływowi. Jak każdy związek, tak i nasz dojrzewał. Nadal trwa i nadal się zmienia. I oby jak najdłużej. 13 lat to jeszcze nie ostatnie słowo kotleta.

Nasze etapy życiowe i treningowe mogłabym podzielić na:

  • 1. Mam najlepszego szczeniaka i mogę wszystko.
  • 2. Mam najlepszego szczeniaka i nic nie umiem.
  • 3. Mój pies jest głupi.
  • 4. Ja jestem głupia.
  • 5. Jesteśmy najlepsi.
  • 6. A nie, jednak duuupaaaa.
  • 7. Aha, trzeba pracować, sprawdzać, kombinować, dopasowywać.
  • 8. I od 5 -6 roku życia Orso do dziś w miarę płynna jazda bez zgrzytów. Chwilo trwaj!

W czasie 13 lat życia Orsa przeszłam też kilka razy przez delikatne korekty myśli treningowej. Największym i najlepszym sprawdzianem okazywały się zawsze egzamin lub zawody. To, co wspaniale wychodziło na własnym podwórku, nie zawsze okazywało się tak wspaniałe na cudzym. Pierwsze egzaminy to ściśnięte gardło, spocone dłonie, pies poza kontaktem (kto by chciał być w kontakcie z kłębem nerwów). Każdy kolejny egzamin i start, bez względu na wynik, był lżejszy. I dla mnie, i dla psa. Każde zawody dają mi też szansę popatrzeć, jak w praktyce sprawdzają się pomysły szkoleniowe innych przewodników i trenerów. Bardzo żałuję, że nie można już oglądać przebiegu egzaminów ratowniczych. Nie w celu stworzenia loży szyderców, a w celu zweryfikowania swoich poglądów.

Bardzo pomocne są wyjazdy poza granice naszego kraju. Okazuje się, że kynologia ma tyle twarzy!

Aktualnie dla swoich potrzeb stworzyłam swój własny opis systemów szkoleniowych. W dużym skrócie wygląda to tak:

  • 1. System polski, w dużym stopniu oparty na tym, co przekazali strażakom Szwedzi. Oparty na pozytywnym (hyhy, w teorii) szkoleniu, pies jest nagradzany za pracę, dążymy do zbudowania motywacji opartej na zabawie. Pies oszczekujący pozoranta, nagradzany jest przez pozoranta. W Polsce doprowadziło to do wypaczonego spojrzenia na psy nieszczekające, rolkowe i meldujące, jako słabsze i mniej pożądane. Priorytetem jest praca na gruzach.
  • 2. Pozytywne szkolenie skandynawskie, w przewadze psy oznaczające przez rolkę (bringsel). Przemyślany system. Priorytet to akcje terenowe.
  • 3. Nurt „detekcyjny” - kiedy oznaczanie szczekaniem jest nagradzane przez przewodnika, techniczne, mechaniczne. Fajne dla psów szczekających, ale nielubiących dużego kontaktu z obcym. Zdejmuje z psa obciążenie, jakim jest wywieranie presji na pozoranta. Jasny i czytelny. W moim odczuciu nieco sportowy.
  • 4. Mieszany, gdzie priorytetem jest dopasowanie ćwiczeń do charakteru, temperamentu, typu psa. Nie ma tu przepisu, nie ma systemu ćwiczeń, przepisu, gotowca. Lubię to najbardziej, ale wymaga inwencji od przewodnika, otwartości, gotowości na porażki.

Tak ćwiczę z psami, kombinując, mieszając, starając się znaleźć to, co zaskoczy. Podpatruję, „pożyczam” ćwiczenia, zmieniam je. Dobrze się z tym bawię. Myślę, że w dużej mierze tak pracuję, bo mam cattle dogi. One nie lubią twardych schematów, nie są psami powtarzalnymi, każde znane im już ćwiczenie potrafią wykonywać za każdym razem inaczej. Mogłabym uznać to za porażkę. Nie potrafię nauczyć psa wykonywania czegoś tak samo? Powtarzalnie? Tak to widziałam i tak walczyłam z psami moimi. Aż puknęłam się w durny łeb i stwierdziłam, że moim celem jest wykonanie zadania, a nie droga jego wykonania. Odtąd znowu nabrałam płynności. Metoda ma minus, bardzo ciężko jest coś w ten sposób ugrać sportowo. To nie jest metoda na psa sportowego. Stąd moje rozważania, czy widzę swoją przyszłość w ratownictwie realnym (i wtedy kolejne psy to będą nadal ACD), czy w sporcie i czas na zmianę na psa bardziej sportowego, z mniejszym poczuciem humoru niż kotlety, za to z większym poczuciem obowiązku, jak owczarki użytkowe.

Opis systemów szkoleniowych jest bardzo, ale to bardzo skrócony, ogólny. W kolejnych odcinkach spróbuje opisać je dokładniej, poniekąd liczę cicho na krytyczną i merytoryczną dyskusję. Mamy w Polsce wiele grup, każda z nich wypracowuje swój styl, ma swoje założenia treningowe. Wyniki właściwie weryfikują całkiem nieźle. Czy przyjęta metoda jest dobra, i czy jest wprowadzana dobrze. Na samym początku szkolenia należy zadać pytanie: do jakiej pracy ma być wyszkolony pies? Sport czy praca? Gruzy czy teren? Szczekanie czy rolka/meldunek? Egzaminy krajowe czy IRO-wskie (międzynarodowej organizacji IRO, The International Search and Rescue Dog Organisation ) ?

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .