O psach, które ratują ludzkie istnienia.

Przeprowadziliśmy obszerny wywiad z Barbarą Grel, która jest współzałożycielką Małopolskiej Cywilnej Grupy Poszukiwawczo - Ratowniczej. MCGPR jest grupą specjalizująca się w poszukiwaniu osób zaginionych w terenie otwartym oraz w gruzach z użyciem psów ratowniczych. Jest to pierwsza część wywiadu, poruszająca ten temat. Niebawem możecie spodziewać się drugiej części, w której wystąpi kolejny ciekawy gość. Zapraszamy do śledzenia!

Dziękujemy serdecznie za możliwość przeprowadzenia wywiadu!

Poniżej prezentujemy transkrypcję wywiadu:

Joanna Nosal-Chojnowska: Cześć! Tym filmem rozpoczynamy cykl wywiadów z ciekawymi osobami powiązanymi ze zwierzętami. Na pierwszy ogień bierzemy kobietę wielozadaniową, która zaczynała od pracy z końmi. Początkowo była instruktorem jeździectwa, dzisiaj jest współzałożycielem Małopolskiej Cywilnej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej, która działa od 2014 roku. Posiada dwa psy rasy Australian Cattle Dog, które mają osiągnięcia zarówno w zawodach sportowych, ratowniczych, jak i realnych akcjach ratunkowych. Przedstawiamy Basię Grel, współzałożycielkę MCGPR i Guerrę, tak?

Barbara Grel: Tak. Dzień dobry.

”Barbara


JNCh: Powiedz nam, proszę, od kiedy zajmujesz się psami?

BG: Od 2007r., kiedy dostałam starszego niż Guerra psa, Orso.

JNCh: Orso jest jakoś powiązany z nią?

BG: Jedynie jest tej samej rasy, ale nie są spokrewnieni.

JNCh: Z Orsem pracowałaś najpierw, tak?

BG: Tak. Orso był moim pierwszym psem, z którym cokolwiek robiłam, nie był pierwszym psem w życiu oczywiście, bo wcześniej przewinęło się kilka psów, ale był pierwszym psem, z którym się okazało, że z psami można coś robić więcej niż to, żeby je przywołać i nakarmić.

JNCh: Jak zaczęła się Twoja przygoda z grupą ratowniczą, albo z ratownictwem?

BG: Pojechałam z Orso na szkolenie do Nowego Sącza. To miało być szkolenie zwykłe, jako psa towarzyszącego, ja się miałam nauczyć jak się szkoli psa do podstawowego posłuszeństwa, ale okazało się, że Orso w ocenie szkoleniowca jest dobrym materiałem na psa ratowniczego. Kiedy zamiast jednej z lekcji pojechałam na gruzy na poligon Państwowej Straży Pożarnej jako pozorant, okazało się, że ja również jakoś tam rokuję… No i po niedługim czasie dostałam propozycję zmiany pracy. Pracowałam wcześniej jako instruktor jazdy konnej i berajter, czyli jeździłam młode konie, a tutaj dostałam propozycję przeniesienia się do Sącza i prowadzenia szkolenia z psami.

JNCh: Czyli porzuciłaś konie?

BG: Tak. Definitywnie.

JNCh: Nie żałujesz?

BG: Nie.

JNCh: Czy wtedy od razu wsiąkłaś w ratownictwo, czy było coś po drodze?

BG: W momencie, w którym skończyłam z końmi i przeniosłam się na psy, nie było nic po drodze, ale praca z psami nie polegała na psach ratowniczych. Pies ratowniczy był moim prywatnym psem, którego „robiłam” w czasie wolnym, po pracy, a w czasie pracy na początku zajmowałam się czyszczeniem boksów, dolewaniem wody, wyprowadzaniem „geriatrii”, psami hotelowymi. Miałam patrzeć, co robią starsi stażem i umiejętnościami. Miałam pod opieką również grupę psów już wyszkolonych, które miałam tylko wyprowadzać na spacer i ćwiczyć na nich swoje umiejętności, poddawane one były raz na czas weryfikacji przez szefa, czyli Krzyśka Szymańskiego.

JNCh: A szkoliłaś potem też psy z podstawowego posłuszeństwa czy nie?

BG: U Krzyśka jeszcze zajmowałam się wyłącznie albo hotelem, albo przejęłam też na jakiś czas szkolenie psów przewodników dla niewidomych i zajmowałam się szkoleniem psów przewodników. Potem również trafiły do mnie chyba 3 czy 4 psy, które miały być psami asystującymi i później zaszłam w ciążę, zmieniło się moje życie, przeprowadziłam się do Krakowa, przestałam pracować u Krzyśka i siłą rzeczy zajęłam się czymś innym i

zaczęłam pracować właśnie z psami towarzyszącymi… ludziom – i ich problemom… bardziej problemom towarzyszącym… ludziom.

JNCh: A ratownictwo i rozwijanie przewodników psów ratowniczych pojawiło się, rozumiem, później?

BG: Ratownictwo zostało cały czas, tylko zmieniłam w tym czasie grupę, bo wcześniej byłam w grupie sądeckiej OSP Biegonice, która obecnie funkcjonuje jako OSP Nowy Sącz. Odeszłam z tamtej grupy równocześnie z przeprowadzką do Krakowa. Wtedy zakładałyśmy z Justyną Drużkowską, Anką Grocholską i Agatą Jobs-Repelewicz MCGPR. Cały czas kontynuowałam pracę z Orso, który już wtedy uzyskał uprawnienia ratownicze razem ze mną. Guerra wtedy doszła, była młodym psem i Guerrę już szkoliłam całkowicie w ramach naszej Cywilnej Małopolskiej Grupy. No i to był wolontariat, to była praca w grupie, dla grupy, dla mojej satysfakcji, a oprócz tego jako pracę zawodową zaczęłam wykonywać właśnie szkolenie psów towarzyszących. I wtedy spotkałam… Spotkałam w sumie już wcześniej; pojawiła się Agnieszka Biały, która uznała, że moja wiedza z zakresu ratownictwa jest wystarczająca, pożądana i ona chciałaby, żebym zaczęła prowadzić seminaria, żebym robiła te seminaria i warsztaty u niej i od tego zaczęło się szkolenie innych ratowników, niż tych z własnej grupy.

JNCh: A dlaczego założyłyście własną grupę? Nie mogłyście dołączyć do jakiejś już istniejącej?

BG: Właśnie odchodziłyśmy z istniejącej z różnych przyczyn, głównie techniczno-formalnych, trochę towarzysko-osobistych. Próbowałyśmy założyć grupę w ramach OSP w jednej z podlimanowskich wsi, ale się to nie udało, a po przeanalizowaniu sposobu funkcjonowania OSP, grup poszukiwawczo-ratowniczych w ramach OSP, uznałyśmy, że łatwiej i przyjemniej będzie nam stworzyć grupę cywilną, będzie mniej ograniczona formalnościami i procedurami i da nam szersze pole do działania.

JNCh: Z wykształcenia jesteś zootechnikiem. Pomaga Ci to jakoś w tym co teraz robisz?

BG: Nie, ale nie przeszkadza.

JNCh: Prowadzisz seminaria dla przewodników z psami ratowniczymi. Z jakimi problemami spotykasz się w tej pracy? Chodzi o problemy głównie z pracą z przewodnikiem, nie z psem.

BG: Przewodnicy przychodzą z dużymi oczekiwaniami w stosunku do siebie i do swoich psów. Oczekują, że efekty pracy będą szybsze, niż jest to możliwe do uzyskania, frustrują się szybko brakiem osiągnięć.

Porównują się z innymi, często wirtualnymi postaciami, ludźmi, których znają tylko z Facebooka, filmików wrzuconych na Facebooka.
Na filmiku, po opracowaniu, praca psa może wyglądać świetnie, fantastycznie, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

JNCh: To jest tylko wycinek…

BG: To jest tylko wycinek jakiejś pracy i to trzeba pamiętać, że nie wrzuca się na Facebooka tego co nam nie wyszło, tylko najlepsze wykonanie tego dnia lub tego roku i nie warto się porównywać z filmami z Internetu, aczkolwiek można korzystać z nich jako inspiracji. Ktoś zrobił coś, zrobił to w jakiś sposób, mogłoby to być inspiracją. Problemem dla mnie osobistym bywa to, że to są ludzie z różnych grup, każda grupa ma swojego szkoleniowca, szkoleniowiec ma jakieś założenia. Ja jeżeli dostanę konkretny problem do rozpracowania, jaki ten przewodnik ma ze swoim psem, to staram się też nie wejść jakby w paradę ich całemu szkoleniowcowi, starając się nie zmieniać drastycznie linii prowadzenia tego psa. Tak, żeby to jednorazowe spotkanie ze mną nie było burzeniem ich planu treningowego, tylko uzupełnieniem.

JNCh: Masz za sobą udziały zarówno w akcjach ratowniczych jak i zawodach sportowych. Czym dla Ciebie, pod względem trudności, różniły się te sytuacje?

BG: No przede wszystkim wagą tego wydarzenia. Bo każda akcja ratownicza jest na serio i w każdej chodzi o człowieka, który dzięki naszym działaniom może przeżyć lub przez nasze działania, źle prowadzone, może nie przeżyć, więc to jest na pewno inna kategoria niż zawody sportowe. Zawody są przyjemnością, są dla funu, dla mnie, dla połechtania swojego ego, dla sprawdzenia siebie, dla towarzyskiego spotkania. To są zupełnie dwa różne wydarzenia i pies na nich też zupełnie inaczej się zachowuje – inaczej na zawodach, inaczej na akcji.

JNCh: Jak „inaczej”? Co się różni w zachowaniu psa?

BG: Przede wszystkim kiedy jestem na zawodach, to wiem, że zawody to ograniczony czas, to tempo, to wiem, że na pewno jeżeli szukamy kogoś na czas, to wiemy, że ten ktoś na pewno jest schowany. Pies w zasadzie ma do maksymalnie 30-40 minut i bardzo szybko zazwyczaj znajduje pierwszego z pozorantów, co go bardzo motywuje i pozwala podkręcić psa żeby szukał dalej. Na akcji to jest często godzina za godziną, które są jałowe z punktu widzenia mojego, tzn. nic nie znalazłyśmy, nic się nie wydarzyło, a pracujemy dalej, czyli tutaj pies musi pracować cierpliwie, spokojnie i długo nie dostając tak szybko nagrody i satysfakcji. Dość szybko pies zdaje sobie sprawę z tego, że to są zawody, a to tak naprawdę dopiero teraz do mnie dotarło - różnica, dla psa, między akcją a sportem zaczyna się już w momencie, w którym on wychodzi z samochodu, bo jeżeli jest jasno to znaczy, że to raczej są zawody, jeżeli jest ciemno to na pewno zawody to nie są. Większość akcji, grubo powyżej 80% to jednak są akcje nocne.

JNCh: Tu mi się nasuwa jeszcze jedno pytanie, które chciałam zadać – czy pies po 4-5 godzinach poszukiwań nadal wie, że jest w pracy, czy on myśli, że to jest już tylko spacer?

BG: Bywa, że czasami pies się wyłączy i powinnam… moim zadaniem jest przerwać to w tym momencie albo zgłosić, że pies już dalej nie będzie pracował, albo jeżeli wiem, że potrzeba mu odpocząć, to odpoczynku, coś do zjedzenia, coś do picia, podkręcić go i spróbować go wysłać ponownie do pracy. Ale bywa, że widzę po psie, że zaczął już być mniej uważny, zaczął się snuć, bez takiego… widzę po nim, że nie oczekuje żadnego sukcesu, ale też wiem, i mam to sprawdzone, że nawet jeżeli wydaje mi się, że pies już nie pracuje, że po prostu drepcze przede mną te piętnaście metrów, to wiem, że jeżeli wejdzie w stożek, jeżeli poczuje cień zapachu ludzkiego, to że natychmiast się to zmienia i pies się natychmiast uaktywnia i natychmiast już wie, po co tutaj przyszedł.

JNCh: Czyli nawet zmęczony, snujący się pies, jeżeli wyczuje, to wróci mu energia i motywacja i oznaczy osobę?

BG: Tak.

JNCh: Jeszcze chciałam się zapytać trochę o Twoje dalsze plany. Czy możesz nam zdradzić jakbyś się chciała dalej rozwijać?

BG: Chciałabym dalej kontynuować, głównie, w ratownictwie i coraz więcej jednak myślę o ratownictwie sportowym, mniej o użytkowym. Spowodowane jest to różnymi, niezależnymi ode mnie rzeczami, takimi jak częstość dysponowania grup ratowniczych, jak dostęp do certyfikacji psów grup cywilnych. Teraz, kiedy mam sytuację z COVIDem, odwołane było większość sesji egzaminacyjnych. Sądzę, że priorytetem dla PSP jest przeegzaminowanie psów PSP, w drugiej kolejności OSP, w trzeciej wchodziły będą psy grup cywilnych, przez co ciężko będzie dostać się nawet na egzamin, co w zasadzie już jest widoczne. W tym roku zrobienie certyfikacji jest bardzo trudne. Było również niemożliwe wyjechanie na jakiejkolwiek zawody IRO, bo dla mnie próbą dla psa są i zawody, i egzaminy w straży, zwłaszcza że zawody są trudniejsze niż egzaminy w straży. I ja tak sprawdzonego psa brałam na akcje. Teraz jestem lekko rozdarta pomiędzy tym, że wiem, że ten pies jeszcze dobrze pracuje, ale nie jest certyfikowany. Certyfikat skończył się nam w październiku zeszłego roku, w tym roku pojechałam w lutym na egzaminy, zdążyłam zrobić jedną część egzaminu, a potem Guerra okulała i nie przystąpiłam do drugiej części, więc jesteśmy w połowie egzaminu i nadal nie mogę go skończyć, bo albo termin egzaminu mi nie pasował w innych obowiązkach albo nie było to dla nas dostępne.

JNCh: Czyli trudnością jest dostępność miejsc na egzaminy?

BG: Tak, ale sytuacja jest wyjątkowa, zazwyczaj tego problemu aż tak bardzo nie było, co roku udawało mi się te egzaminy zrobić i to od lat robiłam. Mimo tego, że jest ograniczona liczba miejsc na egzamin, zawsze, co roku, odnawiałam z Guerrą certyfikat, zresztą z Orsem też.

”Guerra


JNCh: Mówisz, że jest trudność z dysponowaniem grup cywilnych na akcje. Jak często bierzecie udział w akcjach?

BG: W tym roku byliśmy, ja osobiście 3 razy albo 4, jeszcze 5-6 lat temu było to kilkanaście i więcej akcji rocznie, bywały lata, że było pod 30, a teraz to są pojedyncze wezwania. Ciężko mi jest powiedzieć, co jest przyczyną, dlaczego tak się dzieje. Wiemy, że koledzy z innych grup ratowniczych wiedzą o naszym istnieniu, wiedzą jak mamy wyszkolone psy, wiedzą jak się z nami skontaktować i jaka jest możliwość ściągnięcia nas jako pomoc na akcję. Nie jesteśmy brani pod uwagę, pytanie należałoby skierować gdzieś indziej „dlaczego nie?”.

JNCh: Grup ratowniczych myślę, że robi się więcej, prawda, niż dawniej. Jak myślisz, czy pojawia się tutaj jakaś rywalizacja, czy one jednak ze sobą współpracują? Czy to, że rzadziej jeździcie na akcje może być związane właśnie z tym, że jest ich coraz więcej?

BG: Myślę, że może być tak, że jest ich coraz więcej i zazwyczaj to nie zależy właśnie od grupy ratowniczej tylko od prowadzącego tę akcję organu – najczęściej policji. Policja dość często przyjmuje, że jeżeli już mają na miejscu, w czasie akcji jedną grupę ratowniczą, niech to będzie np. grupa OSP, to nie wzywają kolejnych, bo pies to pies. Nie rozumiejąc specyfiki tej pracy, że im więcej tym lepiej, sądzą, że problem został rozwiązany, są ratownicy z psami i to jest wystarczające. Drugi, że faktycznie jest jakaś rywalizacja między grupami, nie powinna ona przekładać się na akcje, bo jest to zbyt poważna sprawa. Na codzień grupy zazwyczaj współpracują jednak i bywam również w różnych grupach jako szkoleniowiec i to grupach cywilnych, i to w OSP i też dla nich nie jest to problemem, że ja nie jestem w straży pożarnej ani OSP, ani PSP. Także problem jest czysto ludzki, to są może nasze ambicje, czasami widoczne, ale jeżeli te grupy spotykają się czasami na akcji, nie zdarzyło mi się widzieć braku współpracy lub kłótni w takiej sytuacji. Za każdym razem jednak to była współpraca i czasami spotykały się naprawdę różne grupy, bo bywa to OSP, PSP, GOPR i np. nasza grupa cywilna. Teraz jeszcze dochodzi, od niedawna, pojawiają się ratownicy z WOT-u – czyli wojskowi. Także doszedł nam jeszcze jeden rodzaj psów ratowniczych, przy czym z braku kadr to w zasadzie to się pokrywa, bo ratownicy WOTu, są najczęściej również ratownikami w OSP.

JNCh: A jak sobie wyobrażasz taką idealną współpracę między grupami ratowniczymi? I może też pomiędzy osobami, które koordynują, dysponują grupy na akcje.

BG: Przede wszystkim musielibyśmy wszyscy zacząć otwarcie mówić o tym, co nam nie wychodzi i co mamy do dogrania, a nie starać się pokazać wyłącznie PR-owe materiały, jacy jesteśmy fajni i jak sobie z tym wszyscy świetnie radzimy. Spotykać się częściej we własnym gronie i omawiać te problemy. Myślę, że nie ma również w Polsce, jednak, jakiegoś jednolitego pomysłu jak szkolić i wykorzystywać psy ratownicze. Teoretycznie system jest, teoretycznie scala to PSP, teoretycznie prowadzi kursy instruktorów przewodników psów. To jest. Jest jeden wspólny system egzaminowania, jednak pojawiają się ludzie , którzy mają trochę inny pomysł, chcieliby to zrobić inaczej. Np. problemem ewidentnie jest grupa ludzi mająca psy tropiące i psy zwłokowe.

Nie wiemy co z nimi zrobić, jak ich wykorzystać. Mają niektórzy, prawdopodobnie, całkiem dobre psy, których nie możemy wykorzystać w akcjach, bo procedury, bo te psy są niecertyfikowane. Niecertyfikowane przez nikogo, ale nie dlatego, że Ci ludzie nie chcą tego zrobić, tylko że w Polsce takiego systemu nie ma, nie ma takiej możliwości. Nikt nie uwzględnił, że psy tropiące mogą być w rękach cywilnych, są tylko w rękach policji, i jakby system przewiduje tylko policyjnych przewodników.

JNCh: Tu nasuwa mi się kolejne pytanie, co właśnie z takimi psami – tropiącymi, szukającymi zwłok – czy warto używać ich podczas akcji równocześnie z poszukiwawczymi?

BG: Wszystko zależy od sytuacji. Ja bardzo chętnie, czasami są akcje, na których bym widziała psa przynajmniej tropiącego, bo pies zwłokowy dla mnie już nie jest akcją ratowniczą, jest akcją humanitarną, poszukiwanie zwłok nie jest już ratownictwem, ale jest bardzo ważne i bardzo istotne dla każdego, czy to dla rodziny ze względów emocjonalnych, czy nawet zwyczajnie formalnych, znalezienie zwłok jest istotne, ale psy tropiące by się przydały całkiem często i niestety, oprócz policji do dyspozycji nie mamy żadnych. Nawet jeśli sami sobie takiego psa wyszkolimy, nie będziemy go mogli, oficjalnie w świetle, używać, no i nie używamy w zasadzie.

JNCh: Mamy psy ratownicze, wodne, lawinowe, terenowe, gruzowiskowe, są psy tropiące. Czy jesteśmy w stanie wyszkolić jednego psa do wszystkich tych specjalności?

BG: To też jest kwestia podejścia do szkolenia i to jest dyskusyjne, niektóre kraje mają system, w którym oczekują od psa wielu specjalizacji, w tym tropiącej i poszukiwawczej, przy czym to jest wtedy poszukiwawczy w terenie lub na gruzach i tropienie, do każdej z nich, tak na przykład jak jest w Norwegii, pies musi umieć tropić. U nas wszystko jest rozdzielone, jedynie psy egzaminowane przez PSP mogą mieć specjalizację gruzową lub terenową i tylko w tym mogą się realizować. Ale inne kraje pokazują, że jest możliwe wyszkolenie psa w szerszym zakresie.

JNCh: W jakim terenie psy radzą sobie najlepiej i czy dobiera się je pod konkretny typ terenu?

BG: Jeżeli miałabym wymyślić idealny teren do poszukiwań to byłaby to rozległa, w miarę płaska łąka, z niewysoką trawą, na której wieje równomierny, niezbyt silny wiatr. To byłoby idealne, ale tak się zdarza bardzo rzadko. Na pewno najgorzej sobie radzą w gęsto zarośniętym, bardzo zbitym, kolczastym gąszczu, bo zwyczajnie w nim się trudno przemieszczać i tutaj naprawdę każdemu psu będzie ciężko się przemieszczać. Więc ideałem byłoby mieć takiego psa, który sobie z tym poradzi, zakładamy, że pies, taki ideał, to będzie średniej wielkości pies, z jakąś okrywą włosową, czyli nie pies taki jak doberman, pozbawiony podszerstka, z króciutką sierścią. Chcemy jednak, by ten pies, przedzierając się przez krzaki, nie krwawił. Jeżeli ktoś zakłada z góry, że będzie robił tylko jedną specjalizację, np. będzie to pies terenowy, to myślę, że nie wybierze wtedy psa zbyt niskiego, będzie raczej szukał ras, które biegając dobrze pokrywają teren, mają swobodny ruch i przemieszczają się swobodnie kłusem lub lekkim galopem. Za to gdybym myślała o psie wyłącznie gruzowym, myślałabym o czymś mniejszym i takim bardziej kompatybilnym, wciskającym się w większe szczeliny.

JNCh: A jakie powinien mieć pies predyspozycje do takiej pracy? Co musi umieć?

BG: Przede wszystkim musi być psem chcącym współpracować z człowiekiem, mającym naturalną potrzebę robienia czegoś z człowiekiem. Najczęściej sprawdzamy to przez zabawę – jeżeli pies, szczeniak, chce się bawić, to znaczy, że prawdopodobnie całe jego życie będzie przebiegało właśnie tak, że będzie chciał coś robić z człowiekiem, będzie chciał się bawić – jeżeli chce się bawić to wiemy, że będzie chciał wykonywać różne zadania, które będzie odbierał jako zabawę, więc szkolenie psa ratowniczego, które się opiera przede wszystkim na zabawie wymaga psa, który chce się bawić. Chcemy też, żeby ten pies był w miarę możliwości socjalny w stosunku do ludzi i zwierząt, przy czym dla mnie słowo socjalny oznacza nie tylko to, że on ich lubi, a raczej to, że są mu obojętni w stronę „lubię”, obojętni w stronę „nie lubię” raczej powinny być eliminowane, bo jeżeli pies jest obojętny w stosunku do ludzi, to możemy mu sprzedać ten produkt, czyli „szukaj człowieka”, wiążąc to znalezienie z nagrodą i wtedy przesuwamy tę obojętność w stronę „lubię ludzi”, jeżeli ich lubi bardzo, no to już w ogóle żadnego problemu nie ma, ale jeżeli ich nie lubi, to uważam, że jest to bez sensu i ten pies się nie nadaje do ratownictwa. Jeszcze bardzo by mnie interesowało, by pies był maksymalnie obojętny w stosunku do innych psów, bo może pracować w otoczeniu innych psów i chciałabym, żeby ich obecność nie wpływała na jego pracę.

JNCh: Czy może być pies, który za bardzo lubi? Za bardzo lubi ludzi i przez to sobie nie radzi?

BG: Zazwyczaj jak u psa występuje jakieś „za bardzo”, to jest u niego problem z emocjami, kontrolowaniem tych emocji i to się może w różną stronę przemieszczać. Jeśli będzie ich za bardzo lubił nie panując nad sobą, nie będzie słuchał poleceń i będzie wtedy wychodził z ręki, będzie niekontrolowalny i będzie to przeszkadzało. Po prostu, lepiej żeby ten pies nie lubił ich aż tak bardzo, albo przynajmniej nie miał problemu z emocjami. Co rozumiemy przez ‘za bardzo’? Dla mnie ‘za bardzo’ oznacza już jakieś lekko patologiczne zachowanie, w którym pies go nie kontroluje i ja też nie jestem w stanie tego skontrolować, to wtedy dla mnie jest za bardzo.

JNCh: A od strony zdrowotnej? Czy to musi być zdrowy pies?

BG: No musi. No tak, tu już w ogóle nie ma żadnych odstępstw, pies musi być zdrowy. Jedyne co mi się zdarzyło widzieć, spotkać to psy, które miały jednostronny słuch, były głuche na jedno ucho, ale świetnie rekompensowały sobie drugim i to była jedyna wada zdrowotna, którą znam, która w zasadzie nie przeszkadzała, aczkolwiek np. w gruzach, które nie są typowo gruzami, tylko jest to raczej przeszukiwanie budynków, taki pies może mieć problemy, bo echo łatwiej jest zlokalizować jednak dwojgiem uszu niż jednym.

JNCh: Czy jest jakaś rasa, której byś nie zaakceptowała w pracy ratowniczej i dlaczego?

BG: Na pewno odpadałyby wszystkie rasy brachycefaliczne: mopsy, buldogi, boksery, mastify. Zwyczajnie się fizycznie nie nadają, i to byłoby znęcaniem się nad nimi – zmuszanie ich do pracy fizycznej. Na pewno bym się mocno zastanawiała, gdyby ktoś proponował psy ras północnych lub psy azjatyckie – są trudne w szkoleniu, są dużymi indywidualistami, im właśnie nie zależy na tak ścisłej współpracy z człowiekiem, lubią wykonywać pracę po swojemu i nie sprawia im to dzikiej przyjemności. Szukam psa, dla którego po prostu będzie to przyjemność, nie szukam wśród tych ras, które są dużymi indywidualistami średnio zależnymi od człowieka.

JNCh: A są jakieś rasy, które wybitnie dobrze sprawdzają się w ratownictwie?

BG: Taką klasyką gatunku jest border, jest labrador, golden, owczarek niemiecki – to jest taka czołówka, w zasadzie, wśród psów ratowniczych, aczkolwiek można spotkać bardzo różne, a w sporcie nawet całkiem dobrego jamnika, gładkowłosego standarda widziałam. Rekordy popularności bije wideo, jak ten pies pokonuje drabinę – warto zobaczyć.

JNCh: Super, sprawdzimy na pewno. Czy jakieś psy zaskoczyły Cię swoją pracą?

BG: Wspomniany wcześniej jamnik standard, który jest psem sportowym IRO, zresztą widziałam go na ostatnich Mistrzostwach Świata, jest psem ratowniczym, nie wiem, czy pracuje w realu, ale na pewno na zawodach daje radę. Są psy ras nietypowych, jak np. cardigany, koleżanka z Łodzi ma corgi i corgi daje radę. Są łajki, które Monika z Podkarpacia szkoli i jestem pełna podziwu dla jej pracy, bo jest to ten rodzaj psa, którego za Chiny ludowe bym nie chciała brać do pracy ratowniczej. Psy ras północnych, psy zaprzęgowe są trudnymi, a ona daje radę i te psy naprawdę to robią i to jest dla mnie rasa zaskakująca. Na pewno jakieś poruszenie wzbudzają pudle, które widuję, startują też w IRO, więc pudel królewski, ostrzyżony wystawowo też robi wrażenie, aczkolwiek nie aż takie, bo pudel jest psem inteligentnym, o dużych możliwościach fizycznych, więc tutaj pod tym względem nie jest to dziwne.

JNCh: I bardzo współpracującym chętnie.

BG: I bardzo współpracującym, tak.

JNCh: Czy według Ciebie pies jest ratownikiem?

BG: Nie. Pies się świetnie bawi, pies wykonuje polecone mu zadania wiedząc, że będzie to nagrodzone i dopóki on uważa to za świetną robotę, świetną zabawę, to pracuje; w momencie, gdy przestaje mu się podobać – przestaje pracować. Ponieważ uważam, że zwierzęta nie dysponują tak rozbudowanym kodeksem etycznym i moralnym nie są w stanie, w żaden sposób, pojąć wagi wykonywanych zadań. Z tego powodu ciężko mi powiedzieć, że ich świadomość ogarnia termin „jestem ratownikiem”. Po prostu „jestem, świetnie się bawię, jem i wychodzę”.

JNCh: Czyli to jest raczej kwestia człowieka, który ratuje, wspomagając się psem?

BG: Tak, jest to zespół ratowniczy, to człowiek, który jest ratownikiem, a pies mu w tym pomaga.

JNCh: Żeby być przewodnikiem takiego psa i tworzyć dobry zespół, jakie cechy powinna mieć osoba, która się za to bierze?

BG: Hm… Przede wszystkim potrafiąca w miarę cierpliwie i spokojnie czekać na efekty swojej pracy, a jeżeli nie jest cierpliwa, to przynajmniej dążyć i próbować na różne sposoby dojść do celu, nie poddawać się, lubić to, co się robi i mieć, nawet jeżeli to jest pozaratowniczy i pozaetyczny, jednak jakiś cel, motywację.

Sądzę, że nawet jeśli ktoś to robi tylko po to, żeby być znanym, lubianym i na okładkach, ale robi to dobrze, to nadal widzę w nim ratownika – po prostu, tak jak pies, jeden pracuje dla kiełbasy, drugi dla piłki, a trzeci dla powiedzenia „dobry pies”. Ludzie też mają swoje różne motywacje i nie przekreśla to dla mnie nikogo, że nie jest to czysta chęć ratowania ludziom życia, sama takiej nie mam, więc rozumiem, że ludzie mają różne motywacje.

JNCh: Ważny jest efekt.

BG: Ważny jest dla mnie efekt, ważne, żeby ci ludzie robili to, żeby mieli świadomość wagi tego co robią i nawet jeżeli coś innego ich w tym kręci, ale wykonują tę pracę solidnie, to dla mnie to jest ok. Ja na przykład lubię po prostu patrzeć jak psy pracują, dla mnie to jest magia, kiedy one pracują węchowo i to jest moja nagroda w tej zabawie.

JNCh: Czy taka osoba, która nie robi tego dla ratowania człowieka, może przez chłodniejsze podejście, pod względem emocji, być w tym lepsza?

BG: Nie wiem, ciężko mi byłoby na to pytanie odpowiedzieć, bo czasami te emocje mogą pomóc, jeżeli ktoś ma takie odczucie, że chce człowiekowi pomóc, to może w czasie trudnego szukania to może zmotywować, popychać do przodu i jednak być wzmocnieniem, także myślę, że jednak łatwiej jest ludziom, którzy są bardziej zmotywowani i nakierowani na człowieka, niż pozostałym. Łatwiej jest znaleźć w sobie tę motywację do cięższej pracy w czasie realnej akcji.

JNCh: To jest niebezpieczna praca zarówno dla psa, jak i przewodnika. Czasami zdarza się, że szukacie osób, które mogą być niebezpieczne. Boicie się o siebie i o swoje psy?

BG: Zawsze o tym myślę, dlatego tak bardzo dążyłam do tego, by zakupić sobie GPSa dla psa, by wiedzieć gdzie jest mój pies, gdyby mu się coś zdarzyło w czasie akcji, żebym mogła go po prostu znaleźć. Na pewno zdarzyły się propozycje szukania osoby, która zdaniem policji mogła być potencjalnie niebezpieczna i wtedy po prostu odmawiałam. Bo jeśli to dotyczy osoby, która jest poszukiwana do zatrzymania, a nie dlatego, że jej stan tej osobie zagraża, to wtedy bez pardonu odmówię, bo nie jesteśmy do tego przygotowani, ani my, ani nasze psy i sobie z czymś takim nie poradzimy i nie chcę ryzykować, bo nie do tego zostaliśmy szkoleni. A to, że jednak osoby, których szukamy mogą być groźne czy dla siebie, czy dla nas, to jednak biorę to ryzyko pod uwagę i wiem, że tak się może zdarzyć.

JNCh: Zdarzyło się, że osoba, którą znalazł pies, zachowała się w jakiś sposób nieprzewidywalny, niebezpieczny dla psa?

BG: Moje psy znalazły realnie, w akcjach, 3 osoby i żadna z nich nie była niebezpieczna, zwłaszcza że dwie z nich były bez kontaktu z rzeczywistością, w bardzo złym stanie, a jedna się bardzo ucieszyła i chwaliła dobrego pieska, więc tutaj nie spotkałam się z tym i właściwie nie słyszałam za bardzo o osobach poszukiwanych faktycznie, które by były znalezione i były zagrożeniem. To raczej się zdarza, że zagrożeniem są osoby, które się znajdą przypadkiem w czasie akcji, np. ludzie wypoczywający na łonie natury, których nagle zaczyna oszczekiwać pies ratowniczy. Pies nie wie, że to nie jest zaginiony, leży gość na kocu, no to go oznacza, a wtedy Ci ludzie potrafią się dość energicznie od tych psów oganiać.

JNCh: Ponieważ psy poszukiwawcze nie wiedzą jakiej osoby mają szukać, tak?

BG: Nie wiedzą, której osoby mają szukać, mają oznaczyć każdą osobę, która się znajduje w terenie przeszukiwanym no i może to być osoba przypadkowa, stąd dla części grup oszczekiwanie, sposób oznaczenia dla psa, że znalazł, w formie oszczekiwania , jest dla niektórych grup nie do przyjęcia i ćwiczą wyłącznie mniej kontaktowe formy meldunku czy oznaczania kogoś.

JNCh: Mogłabyś podać kilka takich przykładowych form pokazywania przez psa, że znalazł osobę?

BG: Są trzy podstawowe i podlegające ocenie na egzaminach metody oznaczania. Oszczekiwanie – pies znajduje zaginioną osobę i szczeka przy niej tak długo, aż przewodnik dojdzie. Drugą jest rolka, czyli inaczej mówimy bringsel – rolka i bringsel to dokładnie to samo, czyli kawałek sznurka lub rzemyka przyczepiony do psiej obroży, zwisający swobodnie. W momencie, gdy pies znajduje zaginioną osobę, bierze znacznik w pysk i z takim aportem wraca do przewodnika, przewodnik wie, że pies znalazł i w tym momencie zapina smycz lub puszcza psa luzem, a pies doprowadza do miejsca, w którym znalazł tę osobę. Trzecią metodą jest meldunek, czyli pies po prostu znajduje kogoś, wraca natychmiast do swojego przewodnika i w jakiś określony sposób przekazuje, że znalazł – może być to ciągnięcie np. za ubranie, ciągnięcie za pasek przyczepiony do pasa przewodnika, może to być szczekanie na przewodnika – jedno ustalone zachowanie, które pies przejawia tylko i wyłącznie w tej sytuacji. I tak samo pies, który melduje, że znalazł, prowadzi przewodnika do miejsca, w którym znalazł.

JNCh: Czy widziałaś kiedyś jakiś sposób oznaczania przez psa, który Cię zaskoczył?

BG: Słyszałam tylko o takich, które tylko… w zasadzie widziałam – był sposób meldunku przez skakanie na przewodnika, ale to nie jest dobry pomysł, jak się zresztą przewodnik szybko przekonał, bo stała dziewczyna na gruzach, pies na nią skoczył i byłby ją przewrócił, po prostu w gruzy. A drugi sposób – ktoś miał psa, który miał się kręcić w kółko, ale ja tego nie widziałam i nawet nie wiem kto to w ogóle jest i czy to nie jest tylko fake news.

JNCh: Czyli dość istotne jest, żeby wybrać odpowiedni sposób oznaczania przez psa?

BG: Dla mnie to jest podstawa i priorytet przy szkoleniu, żeby odkryć w jaki sposób psu będzie najłatwiej oznaczać, ja się tym kieruję przy wyborze metody. Próbuję wymyślić, która z tych trzech metod jest najbardziej dopasowaną do charakteru i temperamentu danego psa.

JNCh: Czyli nie powinniśmy iść w zaparte i upierać się na metodę, która pasuje człowiekowi tylko raczej psu, tak?

BG: Myślę, że w moim przekonaniu jest to lepszy sposób. Aczkolwiek możemy założyć, że pasuje nam tylko i wyłącznie jedna metoda i wtedy przyjmować do grupy wyłącznie psy potrafiące trzymać te standardy.

JNCh: Jakiego sprzętu potrzebuje przewodnik, który rozpoczyna… Osoba, która chce zostać przewodnikiem i rozpocząć przygodę z ratownictwem, czy musi coś mieć, czy może mieć coś podstawowego, potem może dokupić?

BG: Niestety musi mieć na pewno samochód. Bo okazuje się, że osoby, które bardzo chcą zostać ratownikami i nie mają samochodu ani prawa jazdy zwyczajnie odpadają ze szkolenia, bo nie są w stanie na szkolenia dojeżdżać, ponieważ komunikacja miejska nie dochodzi wszędzie, gdzie byśmy chcieli, ćwiczymy często w miejscach gdzie nie ma żadnej komunikacji, a pies transportowany na przykład przez 2 godziny w upale komunikacją miejską już się później nie nadaje do treningu i okazało się, że samochód jest jedną z podstawowych rzeczy, które ludzie muszą mieć. Ale tak serio i już stricte ratowniczo na pewno ratownicy w grupach cywilnych, ale i w grupach OSP muszą sobie zapewnić sami odpowiedni strój, odpowiednie buty w teren, odpowiednie ubranie – czyli dość wiatroodporne, mrozoodporne – ćwiczymy w każdych warunkach. Muszą mieć latarki, bo większość ćwiczeń i akcji odbywa się w nocy. Czyli czołowa latarka i latarki ręczne zawsze muszą być. Sprzętem, który wykorzystujemy zawsze, co prawda jak zaczynałam ratownictwo, to w zasadzie tego nie było, ale teraz jest to nieodzowne, to jest GPS – i to doszliśmy do etapu, że chcemy mieć GPS razem z nadajnikami na psich obrożach, które nas informują na bieżąco i w czasie rzeczywistym gdzie jest i co robi nasz pies. To są takie jakby: ubranie, oświetlenie i GPS to jest taka totalna podstawa.

JNCh: No a co powinien mieć pies? Oprócz obroży z GPSem.

BG: Jeżeli jest to pies gruzowy to nic, bo pies w gruzach pracuje goły, bez niczego, nie ma nawet obroży. Wyjątkiem są psy rolkowe, które na tzw. bezpiecznej obroży mają zapiętą rolkę, reszta psów pracuje bez niczego, nawet obroży. Psy w terenie powinny być oznaczone jakimiś szelkami, dla swojego własnego bezpieczeństwa – są wtedy lepiej widoczne i dla osób zaginionych to wtedy też jest jednak informacja, że jeżeli przebiega koło nich taki pies to taki pies jak na nie szczeka, to jest jakaś informacja, że to nie jest zwykły pies, że ktoś się może pojawić, bo znaki graficzne ratownicze są rozpoznawalne w jakiś sposób nawet dla ludzi z jakimś stopniem upośledzenia umysłowego, czy w ciężkim stanie fizycznym, raczej są ludzie w stanie rozpoznać krzyż…

JNCh: I również dziecko.

BG: I również dziecko, dzieci są uczone, że ten znak oznacza pomoc.

JNCh: Jak wyglądają treningi psów ratowniczych i jak długo trwają?

BG: Spotykamy się wszyscy z grupy ratowniczej w jakimś ustalonym miejscu, w zależności, czy chcemy ćwiczyć w terenie, czy na gruzach, to taki teren wybieramy. Rozdzielamy zadania, ustalamy jaki pies jakiego ćwiczenia potrzebuje, część grup ma też wśród swoich członków ludzi, którzy są wyłącznie pozorantami i wtedy ćwiczenia można troszeczkę szybciej zorganizować, bo Ci ludzie chowają się dla psów, odgrywają rolę osób zaginionych i po kolei psy wchodzą i tych osób szukają – to w dużym uproszczeniu. I są grupy, tak jak nasza, gdzie nie mamy osobno pozorantów, osobno przewodników, pozorujemy sobie nawzajem, czyli w jednej kolejce ja odgrywam rolę osoby szukającej – idę wtedy ze swoim psem, inni przewodnicy są wtedy schowani i ja ich szukam, a potem się wymieniamy, role się zmieniają.

JNCh: Czy taki pozorant musi coś umieć?

BG: Taki pozorant to jest podstawa, zwłaszcza dla psów oszczekujących.

Pozorant jest najważniejszą osobą w szkoleniu psa ratowniczego na tym poziomie szkolenia specjalistycznego – węchowego. Do przewodnika należy podstawowe wyszkolenie psa, umiejętność kierowania tym psem, opanowania go, ale w momencie, w którym wchodzimy w teren, na którym szukamy, rola przewodnika to jest wskazać psu, który teren i odpiąć smycz i nie przeszkadzać.
Resztę robią pies i pozorant. Pozorant uczy psa prawidłowych zachowań w momencie, gdy pies odnajduje osobę zaginioną, bo w zasadzie każdy pies jest w stanie odnaleźć kogoś. Wielokrotnie powtarzające się, znane przypadki, kiedy ktoś zaginiony został odnaleziony przez psa przypadkowego. Mówię o tym, że pies wcale nie musi być specjalnie szkolony, żeby znaleźć, specjalnie szkolony musi być, by poinformować, że znalazł. Tutaj jest największa trudność w szkoleniu psa ratowniczego, żeby we właściwy, czytelny, jasny sposób poinformował, że kogoś znalazł i to jest rola pozoranta – nauczyć psa w jaki sposób ma się zachować w momencie, kiedy pies go odnalazł.

JNCh: Czy trudno jest pozyskać dobrych pozorantów? Nie moglibyście stworzyć sobie ekipy ludzi, którzy by przychodzili pozorować i wzbogacać te treningi?

BG: Bardzo trudno jest dlatego, że jest to praca darmowa, wolontariat, wymagająca poświęcenia mnóstwa czasu – treningi trwają 2-3 godziny. W idealnym układzie są 2x w tygodniu, więc wymaga to wtedy minimum, od takiego pozoranta, 6-7h w tygodniu, poświęconego na siedzenie w krzakach, przy czym nie ma z tego pozorant kompletnie nic, bo przewodnik psa jeszcze może mieć radość i przyjemność z pracy ze swoim zwierzęciem. A pozorant jest osobą, która wiecznie gdzieś jest zostawiona w jakichś chaszczach i, nazwijmy to, marnuje swój czas. Chyba że jest introwertykiem, który kocha obserwować przyrodę, to jeszcze może czerpać z tego jakąś przyjemność, ale średnio jest z tym w grudniu o godzinie 18, to przyroda zamiera i pozorant wtedy też.

JNCh: Czyli w ogóle osoby, które to robią, muszą być dość uparte i odporne na warunki atmosferyczne?

BG: Tak, to na pewno, nie mogą się bać ciemności, a zdarzyło się, że przychodzili ludzie, którzy nie zdawali sobie sprawy, że dane im będzie pracować w ciemności i wtedy dość szybko rezygnowali. Nie mogą się bać przemieszczać w nieznanym sobie terenie, fajnie jakby mieli minimalną orientację w terenie, a jeżeli jej nie mają, to muszą jak najszybciej nauczyć się korzystać z przyrządów nawigacyjnych lub ćwiczyć tąże orientację, bo GPS naprawdę ma baterie i też mogą się wyczerpać. Pozorant na pewno nie może bać się psów i nie może bać się ich czasami nieprzewidywalnych zachowań, zwłaszcza u psów czasami młodych lub bardzo pobudliwych, które bywają na przykład zbyt nachalne lub ich zachowania trącają agresją i dobry pozorant nie może ani dać się sprowokować, ani bać takiego zachowania – musi wiedzieć, jak się zachować w każdej sytuacji.

JNCh: Czy w szkoleniu psów ratowniczych wykorzystuje się szkolenie pozytywne?

BG: Bardzo. Nie da się zmusić psa, żeby szukał – pies musi chcieć szukać i samo nauczenie psa szukania i oznaczania ludzi może być tylko i wyłącznie przez pozytywne szkolenie psa, musi być związane wyłącznie z nagradzaniem, motywowaniem, nie może być wprowadzone siłowe rozwiązanie, bo psa nie można zmusić do tego żeby szukał.

JNCh: A w szkoleniu z posłuszeństwa?

BG: W moim odczuciu i to co ja robię, uważam, że uczę psa wyłącznie w sposób pozytywny. To czego chcę go nauczyć, mogę wprowadzić wyłącznie w sposób pozytywny. Inną rzeczą jest wymaganie tego, co pies pojął, zrozumiał i ma wykonać i tutaj ja nie mam problemu z tym, żeby sięgnąć po szkolenie również awersyjne.

JNCh: Jeszcze powiedz mi proszę, do czego potrzebny jest psu ratowniczemu aport? Dlaczego jest wymagany na egzaminach?

BG: Aport jest dla nas najczytelniejszym sprawdzianem, jaki jest stosunek psa do przewodnika, na ile ma zaufanie, na ile potrafi wykonywać proste polecenie, oparte zresztą na dość naturalnym dla psa instynkcie i popędzie łupu. Chcemy widzieć psa, który chętnie biegnie po wyrzuconą rzecz, ale chcemy też widzieć, że bardzo chętnie z tym przedmiotem do swojego przewodnika wróci i mu ten przedmiot odda. Wtedy wiemy, że pies dysponuje odpowiednimi predyspozycjami, czyli popędem łupu, ale również, że jest to bardzo zrównoważone i jest to mocno skorelowane z tym, co chciałby od niego przewodnik i on zrobi to dla przewodnika, a nie dla siebie.

JNCh: A przyda się to na akcji ratowniczej – stricte aport?

BG: Dla psa rolkowego… Nie ma psa rolkowego, który nie będzie aportował, to jest warunek bezwzględny. W naszych warunkach i naszym systemie egzaminacyjnym nie pozwalamy psom oznaczać w żaden sposób przedmiotów, ale ja osobiście widzę możliwość, że pies mi oznacza w sposób statyczny, czyli oszczekuje lub kładzie się przy przedmiotach znalezionych, lub je przynosi. Z punktu widzenia kryminalnego, dochodzenia tego co się zdarzyło, dlaczego dany przedmiot leży w jakimś miejscu, lepiej by było gdyby pies go nie ruszał, nie przynosił, ale ja osobiście wolę, żeby pies mi przyniósł buta tej osoby zaginionej, niż żebyśmy tego buta w ogóle pominęli i nie zauważyli, bo jeżeli znajdujemy przedmiot, który należy, jak się później może okazać, do osoby zaginionej to jest to dla nas bardzo ważna informacja i bardzo mi zależy na tym, by psy wskazywały przedmioty.

JNCh: A jak przebiega typowa akcja ratownicza? Kto dzwoni, kto dowodzi, czy jest jakiś strateg? Jak wygląda współpraca z policją?

BG: Zazwyczaj akcjami ratowniczymi w terenie kieruje policja, dlatego że jest to jej ustawowy obowiązek. Jednak policja rzadko kiedy, policjanci z wydziałów kryminalnych lub z mniejszych komisariatów rzadko kiedy są przygotowani do prowadzenia stricte działań w terenie i raczej polegają na tym, co zorganizują grupy ratownicze, jeżeli mają możliwość i ściągnęli na miejsce którąś z grup ratowniczych, przekazują wszystkie dostępne informacje grupie ratowniczej, a tam zazwyczaj osoba dowodząca i planista razem opracowują plan przeszukiwania terenu oparty na tych informacjach.

JNCh: Czy ktoś Wam narzuca sposób pracy? Czy możecie obrać swój system?

BG: Nie zdarzyło mi się, by ktoś nam narzucił jakiś sposób pracy.

JNCh: Jak to wygląda, gdy osoba poszukiwana będzie na wodzie albo pod wodą? Czy pies poradzi sobie z taką sytuacją?

BG: Na wodzie ćwiczymy i psy sobie radzą z taką sytuacją. Z kolei ćwiczyłam z psami również osoby pod wodą i jest to dla mnie problem dlatego, że jeżeli to jest osoba pod wodą i żyje, to jest to dla mnie nurek, którego mogę zlokalizować bez psa, ponieważ nurek musi oddychać, więc wypuszcza powietrze, więc go po prostu widzę. Jeżeli nie żyje… to mój pies nie jest psem zwłokowym, nie oczekuje od niego oznaczenia tej osoby, nie miałam okazji przećwiczyć takiego scenariusza, kiedy moglibyśmy szukać zwłok ludzkich pod wodą. Zdarzyło mi się ćwiczyć i w miarę możliwości staram się ćwiczyć wszelkie kombinacje związane z wodą, czyli pies na brzegu, pozorant w wodzie, pies na wodzie w łodzi, a pozorant na brzegu, lub nawet właśnie ćwiczyliśmy z nurkiem, aczkolwiek co do tego, to jest to raczej takie dla zabawy niż praktyczne wykorzystanie. No nie szukamy nurków.

JNCh: Ale może się zdarzyć, że musicie przedzierać się przez wodę.

BG: Tak, musimy czasami przejść przez wodę lub wiem, że możemy czasem przepłynąć. Są grupy, których rejon działania jest po prostu w okolicach, gdzie jest bardzo dużo zbiorników wodnych lub rzek i uważam, że oni powinni mieć standardowo obeznane psy z transportem wodnym, umieć pływać na pontonie, łodzi.

JNCh: A jak zachowa się pies, który odnajdzie osobę nieżyjącą?

BG: Wszystko zależy od tego od jak dawna ta osoba nie żyje. To nie są scenariusze, które możemy realizować na ćwiczeniach, więc wiedza na ten temat, moja, jest bardzo okrojona, do tych sytuacji, z którymi się osobiście spotkałam. Jeżeli to były zwłoki, które były już znalezione i zabezpieczone przez Straż Pożarną, Policję, ZRM, pies je mijał i miał z nimi kontakt – nie reagował w żaden sposób. Jeżeli to były zwłoki, do których pies miał dostęp, jeszcze po prostu w terenie, w miarę świeże, to mój pies traktował zwłoki jak człowieka.

JNCh: Czyli oznaczał?

BG: W sumie nawet nie zdążył oznaczyć, bo przewodnicy, i ludzie, i ja – czyli ja i inni ludzie doszliśmy prawie równo z tym psem w to miejsce, bo pies po prostu był blisko nas, a pies po prostu merdał ogonem, próbował lizać tę osobę, zachowywał się tak, jakby się chciał z nią przywitać.

JNCh: Powiedz mi, czy przewodnik może pracować na akcji ratowniczej z więcej niż jednym psem na raz?

BG: Może, ale system ten u nas za bardzo nie jest stosowany, wiem, że na pewno robi to jedna osoba w Polsce, pracuje z dwoma psami równocześnie. Mnie się zdarzyło próbować z dwoma psami, ale na przykład moje psy – nie przygotowywałam ich do tego wcześniej i to jest element, który trzeba by przećwiczyć, bo inaczej kończy się to tak, że dwa psy biegają wkoło siebie nawzajem się obserwując, a nie pracują indywidualnie, przeszukując większy teren, bo są po prostu na tyle blisko siebie, że w zasadzie oba przeszukują jeden. Mogłabym ewentualnie uznać, że ten teren jest troszkę dokładniej przez nie sprawdzony, bo co dwa psy to nie jeden, ale nie jest to popularne.

JNCh: A czy można wymieniać się psami między przewodnikami? Czy może jeden przewodnik pracować z psem drugiego?

BG: Pomijając kwestie formalne, można wymieniać się psami, jeśli jest to pies potrafiący współpracować z obcą osobą, formalnie jeden pies może mieć wielu przewodników, ale z każdym z tych przewodników musi osobno zdać egzamin i są też takie psy w Polsce, które mają kilku przewodników – dwóch, trzech przewodników.

JNCh: Jaki wpływ na pracę psa ma pogoda: upał, ulewa, wichura, śnieżyca?

BG: Taki, jak i na nas. Trudne warunki atmosferyczne na pewno będą dla psa utrudnieniem. Musimy również brać pod uwagę, że my szukamy czegoś, co jest zależne od wiatru i największe znaczenie dla nas ma tak naprawdę wiatr. Jeżeli jest zbyt słaby – psu się pracuje trudno i również, gdy jest zbyt mocny, psu się pracuje trudno. To tak jakbyśmy chcieli wyczuć zapach świeżego chleba, który ktoś ma przed nami w samochodzie na autostradzie. W samochodzie na autostradzie jedzie jedna osoba i wyciąga świeży chleb, za nią jedziemy w drugim samochodzie i próbujemy wywęszyć ten chleb – pęd powietrza jest zbyt duży, jeżeli zwolnimy, to na parkingu będziemy bez problemu w stanie wyczuć ten chleb. To jest kwestia wiatru, siły wiatru i tego jak się roznoszą cząstki zapachowe. Jeżeli jest wiatr huraganowy równie trudno będzie psu wyczuć zapach albo znaleźć jego źródło, jak jeżeli będzie porywany zbyt szybko.

JNCh: Czy warto według Ciebie brać udział w akcjach ratowniczych z psem seniorem?

BG: Udział psa seniora w akcji jest dopuszczalny tylko pod warunkiem, że pies jest zdrowy, że psu nic nie dolega i że jest w bardzo dobrej kondycji.

Senior seniorowi nierówny i nie widzę powodu, by psa, który przekroczył 10 rok życia eliminować z pracy tylko z powodu jego wieku, eliminujemy psa z pracy tylko ze względu na jego stan psychofizyczny.
Musimy mieć świadomość, że starszy pies jest bardziej narażony na kontuzje i o ile mogę starszego psa spokojnie zabrać w teren, to muszę się zastanowić, czy ten sam pies będzie się nadawał do trudnej akcji gruzowiskowej.

JNCh: Ale z kolei doświadczenie taki pies ma większe, prawda?

BG: Doświadczenie ten pies ma większe i bardzo mi zależy na tym jego doświadczeniu, dlatego nie eliminuję starych psów z pracy. Guerra ma teraz 9 lat i uważam, że jest to bardzo dobry wiek. Fizycznie faktycznie musimy więcej w to włożyć, ale jeżeli chodzi o doświadczenie, to jest to rzecz bezcenna.

JNCh: Czy ludzie są wdzięczni za Waszą pracę? Czy możecie liczyć na coś więcej niż dobre słowo?

BG: Najczęściej zależy od tego, jak się akcja skończyła. Bo jeżeli akcja nie skończyła się pozytywnie, to ta wdzięczność czasami nie jest okazywana w jakiś szczególnie wylewny sposób. Ale mimo wszystko sądzę, że są wdzięczni, najczęściej dziękują mimo tego, że się nie udało, to przynajmniej pada słowo dziękuję. Ludzie, którzy zostali odnalezieni w momencie odnalezienia nie mają za bardzo pojęcia co się stało, są najczęściej w takim szoku, że ciężko by było od nich oczekiwać jakichś wyrazów wdzięczności, ja od nich wtedy naprawdę nic nie oczekuję. Ja w ogóle od nich nic nie oczekuję, ale miło jest, kiedy np. po poszukiwaniach przychodzi informacja, mail, telefon „bardzo się cieszymy, dziękujemy, że nam pomogliście”. Chociaż zdarza się też, że niektórzy wyrażają to zadowolenie czy szczęście, wdzięczność, w sposób bardziej wymierny i np. wspierają finansowo grupę, co też jest miłe aczkolwiek nie jest to w żaden sposób przez nas oczekiwane, ani obowiązkowe i nie oczekujemy, że każdy musi nas finansowo wspierać tylko z tego powodu, że mu pomogliśmy, żebyśmy nie stwarzali wrażenia, że wdzięczności takiej oczekujemy, finansowej.

JNCh: Jest to wolontariat, takie, można powiedzieć specyficzne hobby, czy możecie liczyć na jakieś usprawiedliwienia nieobecności w pracy w przypadku akcji ratowniczej?

BG: Nie wiem, bo ja nie pracuję dla kogoś, pracuję sama dla siebie, ja dysponuję swoim czasem zawodowym lub prywatnym. Większość osób, które u nas w grupie pracują, również pracuje dla siebie, część osób, które pracują na etatach, z tego co wiem, nie mogą liczyć na jakąś taryfę ulgową od pracodawców.

JNCh: I na żadne rekompensaty tymbardziej nie?

BG: A to już na pewno nie. Myślę, że największą rekompensatą na jaką mogą liczyć to, że szef przyjmie do wiadomości to, że np. ktoś się spóźni do pracy, bo wracał z jakiejś akcji, i albo że coś się wydarzyło i np. w nocy pracownik pracował całą noc, dzisiaj jest trochę mniej przytomny, to jeżeli się trafi wyrozumiały szef to fajnie, ale obowiązku szefowie nie mają żadnego, by takiego pracownika zwolnić w tym dniu albo w jakikolwiek sposób mu iść na rękę.

JNCh: Żeby mieć takie ulgi trzeba by było chyba pójść do Straży Pożarnej?

BG: Tak, strażacy ochotnicy mają zagwarantowane teoretycznie, przepisami, zwolnienie w czasie akcji, ale na trudnym rynku pracy jest to jednak kwestia dogadania się ze swoim szefem. Nie widzę raczej możliwości, że taki strażak-ochotnik będzie dochodził swoich praw u szefa, bo to raczej nie przejdzie.

JNCh: Jak wygląda wezwanie na akcję? Kto dzwoni? Do kogo?

BG: Zazwyczaj dzwoni albo rodzina zaginionego, przynajmniej do nas, bo jesteśmy grupą cywilną lub dzwoni Policja, prosząc o pracę naszą, czy możemy przyjechać i im pomóc. Jeżeli dzwoni rodzina, to my wtedy w pierwszej kolejności kontaktujemy się z jednostką Policji, która prowadzi te poszukiwania i pytamy, czy policja wyraża zgodę na nasz udział w tej akcji.

JNCh: Czyli na tak zwaną „własną rękę” nie możecie tego zrobić?

BG: Nie, na własną rękę, bez zgody Policji, nie jeździmy. Nie każde zaginięcie, trzeba mieć świadomość, jest zaginięciem bezwiednym, niechcianym i przypadkowym, są ludzie, którzy zostali przez kogoś “zaginieni” i musimy mieć też świadomość, że możemy się wplątać w sprawę raczej kryminalną, niż wypadek.

JNCh: Czy jest jakaś różnica między telefonami do Was od Policji, a od osób cywilnych, tych, które są rodziną osoby zaginionej?

BG: Nie, nie ma tutaj, że jeden telefon będzie dla nas bardziej istotny, drugi mniej istotny i że Policji nie odmówimy, a rodzinom owszem. Jeżeli możemy, to jedziemy zawsze, jeżeli nie możemy, to tak samo odmówimy rodzinie, jak i Policji. Może się zdarzyć, że nie mamy w danej chwili żadnego zdrowego psa, który mógłby jechać na akcję lub jesteśmy gdzieś daleko poza terenem, na zawodach, egzaminach, zgrupowaniach, więc wtedy może się zdarzyć, że odmówimy wyjazdu z przyczyn od nas niezależnych.

JNCh: Czy ciężko od osób cywilnych zebrać potrzebne informacje?

BG: Ciężko. Dr House mówił, że ludzie kłamią i miał rację. Ludzie kłamią nawet nie dlatego, że chcą kłamać, tylko dlatego, że nie pamiętają, dlatego, że nakładają jakąś kalkę z innych doświadczeń z tą osobą. Mylą im się daty, mylą im się godziny, mylą im się imiona, czasami nie zwrócili uwagi np. na coś, a czasami chcą coś ukryć celowo, np. chorobę danej osoby lub np. to, że mogła być w momencie zaginięcia nietrzeźwa lub pod wpływem narkotyków. Nie chcą zaszkodzić zaginionemu. Dla nas to nie ma znaczenia, my nie jesteśmy prokuratorem, by stwierdzać, czy taka osoba mogła zażywać coś, czy nie mogła, w jakim jest stanie. Nas to nie obchodzi. My chcemy tylko wiedzieć, że jeżeli jest np. pod wpływem alkoholu lub narkotyków to jak te narkotyki lub alkohol mogły na nią wpłynąć, bo chcemy tą akcję w jakiś sposób sensownie poprowadzić.

JNCh: Jakie informacje są dla Was najbardziej istotne dla poszukiwań?

BG: To, gdzie ta osoba była widziana po raz ostatni, jakie mogły być przyczyny jej zaginięcia. Czyli np. czy był to grzybiarz, czy był to ktoś kto udał się w daleką podróż w nieznanym sobie kierunku, czy jest to dziecko, czy jest to osoba chora, zdrowa, pod wpływem środków przeróżnych czy pod wpływem leków. Chcemy wiedzieć jakie miała przyzwyczajenia. Bardzo istotne dla nas byłoby wiedzieć, w jakim była nastroju w ciągu ostatnich dni, tygodni, miesięcy, czy miała jakieś problemy osobiste. Każda informacja dotycząca tej osoby z ostatnich kilku-kilkunastu dni jest dla nas bardzo cenna.

JNCh: A jak wygląda mobilizacja zespołu na akcję ratowniczą?

BG: Osoba, która przyjęła zgłoszenie i ustaliła, że grupa jedzie, czyli zazwyczaj Prezes albo wice – osoby, które o tym decydują, wysyłają SMS alarmowy do wszystkich osób i oczekują jak najszybszej odpowiedzi, kto może jechać i w jakim czasie stawić się w określonym miejscu. I wtedy ustalamy po prostu, czy ktoś wymaga pomocy w transporcie, czy wszyscy dotrą na to miejsce samodzielnie, ustalamy punkt, w którym się spotykamy i godzinę.

JNCh: Kogo informujecie w pierwszej kolejności o wynikach poszukiwań? Kto kontaktuje się z rodziną?

BG: W pierwszej kolejności jest informowana Policja. Jeżeli kończymy poszukiwania nie znajdując nikogo, lub znajdując, w pierwszej kolejności informacja trafia do Policji i w zasadzie to Policja powinna później poinformować też rodzinę, bo tak jak mówiłam, to są sprawy, w których czasami ktoś z rodziny był zamieszany w zaginięcie tej osoby i te informacje powinny trafić do organu, który prowadzi te poszukiwania.

JNCh: Czy MCGPR prowadzi obecnie rekrutację? Czy w ogóle prowadzi rekrutację?

BG: Rekrutacja u nas jest chyba w systemie ciągłym, aczkolwiek była jedna czy dwie akcje typowo rekrutacyjne, kiedy ogłaszaliśmy nabór, ale w tym momencie gdyby ktoś chciał przyjść i z nami współpracować, zakładamy, że się z nami skontaktuje i wtedy przekazujemy informacje co dalej.

JNCh: Czy trzeba spełnić jakieś warunki?

BG: Chęć. Chęć robienia tego, nie musi ta osoba mieć psa, wręcz jeśli chce być przewodnikiem psa – korzystniejsze by dla nas było, jeśli przyjdzie zanim psa kupi, niż będzie go już posiadać, dlatego, że wyobrażenie o tym jaki ma być pies-ratownik może być inne od faktów i od tego, co my faktycznie oczekujemy od tego psa.

JNCh: Czyli jakichś sztywnych warunków do spełnienia nie ma?

BG: Nie. Jednak chcielibyśmy, by była to osoba pełnoletnia, która ma świadomość tego, co robi i będzie w stanie spełniać swoje zobowiązania względem grupy.

JNCh: Co jest uważane za sukces akcji ratowniczej?

BG: Prawidłowe przeszukanie terenu, nie znalezienie, bo znalezienie jest możliwe tylko wtedy, jeżeli ta osoba się na tym terenie znajduje. Ostatnio nasza akcja poszukiwania pana w podkrakowskiej miejscowości nie zakończyła się odnalezieniem tego człowieka, został znaleziony – zwłoki zostały znalezione – kilka dni później.

JNCh: Czy ktoś zarzuca Wam, że to jest wykorzystywanie psów i narażanie ich na niebezpieczeństwo?

BG: Bardzo rzadko, ale zdarzały się takie podsumowania w Internecie, że wykorzystujemy zwierzęta i to jest nie w porządku, jednak jest to naprawdę jakiś promil komentarzy ludzi, którzy się zainteresowali naszą działalnością.

JNCh: A jakie jest Twoje zdanie, może to dać coś dobrego psu?

BG: One się w tym spełniają, one zostały do tego stworzone, żeby z nami pracować, nie jest to aż tak niebezpieczne. Nie jest to wykorzystywanie zwierzęcia w celach komercyjnych, gdzie mogłabym powiedzieć, że narażam życie, zdrowie psa, żeby zarabiać pieniądze. Narażam je tak samo jak i swoje, w jakimś konkretnym celu mającym służyć społeczeństwu, a nie tylko mnie i mojemu zarobkowi, zwłaszcza, że my jesteśmy wolontariuszami i na tym nie zarabiamy. Co więcej, ja mam 13-letniego psa ratowniczego, który jest w niesamowitej kondycji w porównaniu z psami, które były całe życie psami kanapowymi, które nigdy nie pracowały. Ten pies jest naprawdę w rewelacyjnej formie i psychicznej, i fizycznej, i emocjonalnej i naprawdę nie widzę, by jego ratownicze życie spowodowało skrócenie tego życia lub obniżenie jakości tego życia.

JNCh: Psychicznie pies może zyskać coś na takiej pracy?

BG: Bardzo. Przede wszystkim psy są stworzone do tego, by pracować, żeby coś robić, żeby ich życie było ciekawe, żeby mogły się spełniać, swoje instynkty i potrzeby zaspokajać, a potrzeba największa, czyli współpraca i polowanie – w zasadzie dostają to wszystko w czasie poszukiwania. „Polują” ze mną na tę nagrodę, która będzie na końcu. Mają wszystkie w zasadzie, oprócz zabicia i zjedzenia ofiary, wszystkie elementy łańcucha łowieckiego zostają zaspokojone.

”Guerra


JNCh: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę, była przeciekawa, mogłabym pytać do wieczora.

BG: A ja muszę uciekać.

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .