Godzina 22:23. 1 stycznia nowego, 2021 roku. Informacja, która przyszła SMS-em, jest krótka. Powiat X, miejscowość Y, zaginięcie. Podać gotowość do wyjazdu.

Mimo że jestem na feriach z rodziną, minimum sprzętu mam przy sobie, a resztę szybko zorganizuję. Jest jeden problem: teren ciężki, wisi mgła, potrzebne są psy. A moje psy to 13-letni emeryt Orso i 10-letnia Guerra, kulawa. Nie mam odpowiedniego psa. Jeszcze siedzę i myślę, jak to ugryźć, czy zabrać Guerrę? Jakieś 15 minut, może 30 da radę. Może te 30 minut zmieni czyjeś życie? Może w ogóle pozwolą komuś żyć? A może Orso by poszedł… Oba pomysły równie słabe.

Zostaję.

Ten tekst miał się zaczynać inaczej. Miał być o psach ratowniczych, o szkoleniu, o byciu wolontariuszem. O naszej pasji, motywacjach. Kiedy myślałam, jak zacząć go pisać, w głowie miałam inny plan. Aż do otrzymania tamtego SMS-a. A to tylko jeden z wielu na przestrzeni ostatnich lat. I każdy tak samo stawia na nogi.

Wyobraź sobie swoje życie, swoją pracę. Zmęczenie po całym dniu. Wstałeś o 6? O 7? Pracowałeś 10 godzin, spotkania, rozmowy, projekty, godziny przy komputerze, a może za kierownicą? Coś poszło nie tak, boli cię głowa. Może z nerwów, może z głodu. W końcu ta jedna kanapka na stacji benzynowej w przerwie na tankowanie, to jednak nie jest posiłek.

Wracasz w końcu do domu. Może z ulgą zdejmujesz przemoczone buty i ogrzewasz przemarznięte ręce. Siadasz przy stole myśląc, że obiad na kolację też jest fajny. Ciepły.

Prysznic.

Łóżko.

Gasisz światło. I wtedy ten SMS.

Znowu masz na nogach te same, wciąż mokre buty, a może masz szczęście i masz drugą parę suchych?

W plecaku masz apteczkę, litr wody, GPS, latarkę, zapasowe baterie. Parę suchych skarpet.

Znowu ten sam benzyniak. Zamiast kanapki bierzesz ze dwa energetyki i jakiś batonik. Telefon wskazuje drogę do miejscowości, o której pierwszy raz słyszysz, jedziesz tam swoim własnym autem. W bagażniku jest Twój pies. Tylko on jeden się cieszy. Szczęśliwy z jazdy i przygody.

Dojeżdżasz. Przez ostatnie kilkadziesiąt metrów zazwyczaj już nie potrzebujesz nawigacji, po prostu jedziesz na kolorowe światła. Wozy policji i straży pożarnej. A czasem też nic, ciemność.

Wjeżdża schemat. Ktoś prowadzi akcję, przekazuje informacje. Jeśli masz szczęście, to ty i twoja ekipa nie jesteście pierwsi, ktoś już zebrał informacje, ktoś odpalił komputer, opracowuje jakiś plan, wyznacza sektory. Jeżeli nie, to robisz to ty. Rozmawiasz - z policją, z rodziną. Mniej lub bardziej pomocną.

Jest już pewnie dobrze koło północy, wychodzisz w sektor. Twój GPS ma wgrane kilka kresek wyznaczających obszar pracy, pies światełko na szelkach z napisem ratownik, ty mokre buty i mało optymizmu.

Nadal jest mokro, tak jak cały poprzedzający dzień był mokry, teraz tylko jest zimniej.

Ciemniej.

No i piździ, tak dla równowagi, bo w dzień nie wiało.

Sektor wyglądał fajnie na mapie i zdjęciach satelitarnych, a w praktyce to gąszcz traw i nawłoci wyższych od ciebie. Jeden hektar na ćwiczeniach robisz w kilka minut, teraz pochłania to ich 30.

Pies nadal szczęśliwy, ty nadal mokry. Coraz bardziej. Kolejne hektary. Optymizm to słowo coraz bardziej obce. Ze zdziwieniem widzisz, że jakby coraz mniej ciemna ta ciemność. 4:40. Dzień wstaje. Pozostałe ekipy na początku rzucały jeszcze jakieś informacje przez radio, może nawet żart. Od godziny cicho. Ludzi czasem widzisz jako światełka sunące daleko w innych chaszczach. To, co chciałbyś najbardziej usłyszeć, to szczekanie psa. Swojego psa. Bo szczekanie oznaczałoby koniec, powrót do domu, suche buty, kawę…

Zamiast szczekania dochodzi informacja, żeby wracać do punktu. Do bazy. Nowe informacje na temat zaginionego: Wrócił sam do domu, nad ranem. No w sumie wspaniale. Cudownie. Teraz ty też już możesz wrócić. Przed wyjściem do pracy nawet tę kawę zdążysz wypić. A jeśli nie zdążysz, to wiadomo - benzyniak zawsze ma kanapki, energetyki i kawę.

A, jeszcze wytrzesz psa, uwalonego błotem od nosa po ogon, nakarmisz go i popatrzysz, jak zadowolony wywala się łapami w górze i zapada w zasłużony sen.

Tak wygląda większość akcji w terenie. W nocy, po pracy, a równocześnie przed pracą. Za darmo.

Kiedy ktoś mnie pyta, czym jest ratownictwo, po co szkolę psa do szukania ludzi, to myślę właśnie o tym. O tym uczuciu, kiedy po 15 minutach w łóżku wychodzisz z niego, ubierasz goreteksy i ciężkie buty i jedziesz w jakieś nieznane nawłociowe gąszcze szukać kogoś równie nieznanego. Ten ktoś to nader rzadko małe dziecko, miła starsza pani lub pan, który zboczył ze szlaku. To najczęściej osoba mająca problemy zdrowotne, poalkoholowe delirki, upośledzona. Potencjalny samobójca. Często osoba, która wcale nie chce być znaleziona. Która nawet znaleziona nie wyrazi wdzięczności, nie obsypie Cię podziękowaniami.

Po co to robimy? Czemu nie daje mi spokoju SMS sprzed dwóch godzin? Może to jakiś gen? W końcu wśród członków grup poszukiwawczych jest bardzo wielu ratowników medycznych. Ja nim nie jestem. Nigdy nie czułam powołania, altruizmu. Nie z myślą o ratowaniu życia zaczęłam działania w ratownictwie.

Czyli u mnie to nie gen. Chęć przygody? Słabo. Nie poszukuję przygód, a z rozrywek najbardziej lubię spanie. Ale wiem, że dla wielu osób jest to przygoda, wyzwanie.

Może chęć bycia potrzebnym? Trochę tak. I to jest dla wielu motywacja.

Przynależność do grupy. Jednakowe ciuchy, naszywki, kolory kurtek. Wyznawanie jednakowych idei, zasad. Bycie częścią wspólnoty. Wzajemne wsparcie. Tak, myślę, że i to napędza ratowników. Ale to nie wszystko.

Pies.

Dla mnie to był początek. Zaczęło się od psa.

Zafascynował mnie pies, magia komunikacji międzygatunkowej, magia psiego nosa.

Psy towarzyszyły mi „od zawsze”, jednak kiedyś nie widziałam nic nadzwyczajnego w tych istotach. O tak ! Strasznie chciałam mieć swojego psa i konsekwentnie do tego dążyłam. Kilka psich istnień zaszczyciło mnie swoim towarzystwem, ale nigdy nie pochyliłam się nad fenomenem, jakim jest nawet to, że chciały być ze mną. Z ich punktu widzenia powinnam być nikim: wolniejsza niż one, mniej sprawna, pod względem węchu i słuchu wręcz upośledzona. A one patrzyły jak w tęczę, chodziły tam, gdzie ja, spały koło mnie, byłam częścią ich życia.

A potem pojawił się Orso i oczy zaczęły mi się otwierać. I o tym będą kolejne odcinki, o magii psiego nosa, ratownictwie.

Śpijcie dobrze!

PS. Póki ta pasja i Was nie pochłonie. A jeżeli tak się stanie, pamiętajcie, żeby zawsze mieć dwie pary butów i zapasowe baterie. I benzyniak po drodze!

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .