Jak zbity pies – czy zwierzęta pomagają przy depresji?

Naprawdę dużo napisano o tym, że depresja to temat, którego nie wolno bagatelizować, że to temat poważny, a jednak często po prostu bagatelizowany i przez zbyt wiele osób – a piszę to przede wszystkim z autopsji – traktowany jako ‘bycie smutnym’. Nie mam zamiaru opisywać, czym jest depresja, ani jak ją leczyć, bo nie jestem psychoterapeutą, a źródeł pisanych na ten temat jest wiele.

Depresję, jak każdą chorobę psychiczną, każdy przechodzi inaczej. Chcę tu tylko opisać, jak mnie osobiście w walce z nią pomogła praca ze zwierzętami, głównie psami, ale i kotami, chomikami, a nawet kontakt z końmi. Nie będę dawał porad, nie będę nikogo pouczał, to osobista wycieczka.

Nie jest tak, że każdego dnia nie umiem wstać, nie umiem zmusić się do wyjścia do sklepu, a kiedy spotykam się ze znajomymi, to jestem tym smutnym gościem, który siedzi w kącie. Są okresy, kiedy wychodzi to całkiem nieźle. Są też, a na szczęście już bywały (choć nie wiem, czy się nie powtórzą) okresy, kiedy i przez trzy dni nie potrafiłem wstać, to było za ciężkie. Ciężko to wyjaśnić. Kajetan Kusina porównał to kiedyś – w dużym uproszczeniu – do wstawaniu w domu, przy którym podjazd wiecznie jest zaśnieżony, który codziennie kilka godzin trzeba łopatować, żeby mieć kontakt ze światem. Trochę tak jest, po prostu czasem mam na to więcej siły, w inne dni zbyt mnie przeraża ta perspektywa. A kiedy już odśnieżę i wyjdę do ludzi, często chwyta zwykła anhedonia, jakieś poczucie pustki, które naprawdę jest po stokroć gorsze, niż to ‘bycie smutnym’.

Od momentu uświadomienia sobie w pełni, że tak, że nie ‘jestem smutny’, że nie ‘zanudzam’, że nie umiem funkcjonować tak, jak ‘inni’, ale że jestem chory, że mój organizm w kwestii hormonów działa inaczej, pojawiło się jakieś dziwne, nie że nieobecne, ale tym razem wzmocnione, może bardziej skonkretyzowane uczucie bycia wybrakowanym, innym, poczucie bycia ciężarem dla osób, z którymi się zadaję. Że przecież to moja choroba, że to moja wina, że inni, czy to koledzy, czy to współpracownicy ją odczuwają z mojej strony. Często abstrakcyjne, a jednak obecne.

A jednak kiedy ‘odwalam’ wolontariat w domu tymczasowym dla psów, albo kiedy zajmuję się kotami, kiedy wracam do rodzinnego domu, w jakiś sposób jestem w stanie zmienić to podejście, jest coś w pracy ze zwierzętami, co sprawia, że potrafię nabrać więcej sił, że przestaję o sobie myśleć jako o człowieku chorym, a zaczynam myśleć o sobie jako o człowieku wartościowym. Nie, że nagle nie jestem chory, ale nagle pojawia się pewna strefa komfortu, w której czuję się na siłach, żeby leczyć tę p****ą depresję.

Psy mnie nie oceniają. Zawsze tak samo bardzo cieszą z tego, że jestem, tak samo zapraszają do zabawy. Przede wszystkim w jakiś sposób odczuwają – i im więcej z psami pracuję, im więcej uczę się ‘czytać’ ich zachowanie, tym wyraźniej to widzę – że prawdopodobnie nie jestem w najlepszej kondycji psychicznej. I nie przeszkadza im to, starają się, jak tylko mogą, żeby zapewnić towarzystwo, żeby nie pojawiło się poczucie osamotnienia. I nawet, jeżeli robią to dlatego, że wiedzą, że mogę iść z nimi pobiegać, albo że to ja je nakarmię – wciąż cieszą się z mojej obecności. A to ważne. Znika poczucie, że to ja ze swojej strony mam odgrywać kogoś, kto jest normalny, kto jest fajny, kto musi pracować na tę socjometryczną pozycję. Pojawia się pozycja, w której jestem akceptowany taki, jaki jestem, a więc mam odwagę, a wręcz jestem przez zwierzaki zachęcany, żeby zachowywać się jak ‘ten fajny’ i uderzają dalej, skoro już wstałem i bawię się z nimi, to może coś dalej, może ‘chodź pobiegać’, na co mogę mieć fizycznie siły, może i nawet ochotę, ale nie jest oczywiste, że otworzę się na tyle, żeby to zrobić. Ale pieski są wyrozumiałe. Pieski każą spróbować walczyć z chorobą. Nawet, jeżeli jej nie rozumieją.

Moi rodzice mają trzy koty. Jeden z nich jest ciężkim przypadkiem lękowym. I ilekroć już zabunkrowałem się z kolejnym mocniejszym napadem – tylekroć przychodził. I nie, nie dlatego, że koty idą do ciepła, ani nie dlatego, że szukał uwagi. Dlatego, że w mojej obecności czuje się bezpiecznie, że zwyczajnie, nazwijmy to po imieniu, mnie kocha. A ja jego. Nie tak, jak Filon Laurę, nie. Ale za każdym razem, kiedy już byłem pogrążony w totalnej rozsypce, kiedy już się poddałem, zwyczajnie przychodził i w jakiś sposób dawał mi zastrzyk pozytywnej energii, dawał jakiś bezpieczny pomost ze światem, od którego zupełnie podświadomie, bezwiednie próbowałem się odciąć. I nie chodziło o zmuszenie się do tego, żeby zaopiekować się zwierzęciem, że trzeba wstać zwierzaka nakarmić. Nie, przychodzą takie dni, że nawet to odsuwa się w głowie. Zwyczajnie daje poczucie, że jednak warto się zmusić i powalczyć. Ciężko to opisać, język mówiony jest zawsze językiem ludzi zdrowych, nie ma w nim miejsca na wyrażenie tego, co czuje osoba chora, nie ma w nim miejsca na opisanie tego, co może czuć lękliwy zwierzak. Ale te impresje są. I zwierzęta wyrażają je w równym stopniu, co ludzie. To daje siłę, żeby spróbować.

W moim przypadku zwierzęta są swoistym medium, przez które przepuszczam swoje lęki i obawy, przekonując się, że to wszystko jest tylko w mojej głowie, stwarzając poczucie bezpieczeństwa, stwarzając mi pewien poligon doświadczalny do funkcjonowania jak człowiek zdrowy. To nie załatwia sprawy, bynajmniej, ale daje pewną odskocznię, z której można wyjść z własnej głowy do świata rzeczywistego.

Dalej zwierzęta, praca z nimi, stwarza pewien rytm, pewne poczucie stabilności, kiedy już jest ta realna strefa komfortu, kiedy można unormować to, jak funkcjonuję. Kiedy już coraz gorzej jest znowu się zapaść, odizolować od wszystkiego. Kiedy zaczyna się tworzyć namiastkę tego, jak funkcjonuje człowiek zdrowy. I oczywiście, ciężko to zobaczyć z zewnątrz, ale tak to się odbywa, u mnie przynajmniej.

To nie jest poradnik, jak radzić sobie z depresją czy innymi chorobami psychicznymi. Warto – do czego zachęcam – udać się po pomoc specjalistyczną, bo tak, jak ciężko samemu nastawić sobie złamaną kość, tak ciężko wyleczyć się samemu ze schorzeń psychicznych. Chciałem tylko napisać, jak mnie osobiście pomagają w tym zwierzęta domowe, jeżeli komukolwiek da to inspirację, żeby przyznać się przed sobą do choroby i szukać jakiegoś sposobu, żeby z nią walczyć, to uważam, że warto było choć taki nieskładny tekst napisać. Nikt nie wyleczy tego za nas, tylko my sami, ale warto mieć wsparcie. Od psychoterapeutów począwszy, przez naszych znajomych, ale i przez naszych podopiecznych, którzy zawsze pokładają w nas nadzieje i w nas wierzą.

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .