Pamiętam jak około rok temu pisałam pierwszy tekst o adopcji Demona... to z jego powodu zaczęłam pisać bloga. Cały proces adopcyjny wywrócił życie moje i mojej rodziny do góry nogami, ale nie myślcie, że spędza mi to sen z powiek. Niczego nie żałuję.

Złe dobrego początki…

Zaczęłam bardzo źle. Zaczęłam fatalnie.

Długo pertraktowaliśmy z mężem o tym, by powiększyć rodzinę o czworonoga. Analizowaliśmy sytuację mieszkaniową i finansową. I to byłoby na tyle dobrego…

Po podjęciu ostatecznej decyzji zaczęliśmy ustalać szczegóły. Moim warunkiem było, żeby to był pies z adopcji. Wyobrażałam sobie, że jedziemy do schroniska, wybieramy psa i wracamy z nim do domu, po drodze kupując wyprawkę.

Plany pokrzyżował warunek męża... Ma być Husky z niebieskimi oczami i biało-czarnym umaszczeniem. Zawsze marzył o takim psie. Ja może nie miałam tak sprecyzowanych marzeń, ale nie powiem, żeby mi się oczka nie zaświeciły na myśl o "wilku z błękitnymi oczami".

W dzisiejszych czasach, kiedy najlepszą drogą na znalezienie tego czego szukasz jest internet (chyba, że szukasz kluczyków do auta, które wiecznie gubisz), rozpoczęliśmy wirtualne poszukiwanie czworonoga. Słyszałam coś o psach z pseudohodowli za grosze, dlatego omijaliśmy takie ogłoszenia. Piszę, że "słyszałam coś", bo temat psich dramatów nie był mi zbyt znany. Podobnie jak proces adopcji... Na jak wiele spraw człowiek nie zwraca uwagi jeśli nie ma z tym styczności... Ale wracając do tematu - zdecydowaliśmy też, że pod żadnym pozorem, hipnozy i rozczulenia małych szczenięcych oczek, nie bierzemy szczeniaka. To była dobra decyzja. Zwłaszcza, że brak doświadczenia mógł doprowadzić do tragedii w wychowywaniu takiego szczyla o pierwotnym, żeby nie powiedzieć - wilczym, charakterze.

U nas w domu to zawsze mąż zajmuje się szukaniem w internetach. Byliśmy gotowi jechać sporo kilometrów po psinę, ale mimo to w pierwszej kolejności braliśmy pod uwagę te z najbliższych okolic.

Oglądaliście film "Śnieżne psy"? Był tam Demon, lider zaprzęgu. Kiedy trafiliśmy na ogłoszenie, że Demon szuka domu, zabrzmiało nam to na tyle znajomo, że chyba poczuliśmy w tej nowej sytuacji odrobinę... bezpieczeństwa? "Demon, Demon - już to gdzieś słyszałam, brzmi znajomo".

Złapałam za telefon tak szybko, jakby znów w Castoramie rozdawali wiaderka. Podekscytowana i troszkę wystraszona tym, kogo zastanę po drugiej stronie słuchawki wbijałam paznokcie w ramię męża.

Odebrała Asia. Zapytałam czy ogłoszenie aktualne. Aktualne! Więc dumna z siebie jak paw oznajmiłam, że my dziś po pieska przyjedziemy. Chciałam tylko ten cholerny adres. Pojechać i zabrać go do domu. Ot tak. Wy pewnie wiecie jaką strzeliłam gafę. Ja nie wiedziałam... Mieszkam we wsi gdzie prawo zwierzęcia zaczyna się i kończy na przepisowo długim łańcuchu, dostępie do wody i pełnej misce raz dziennie. I choć wiedzieliśmy, że takie traktowanie to nie pełnia szczęścia psa i całym sercem chcieliśmy psinę traktować jak członka rodziny a nie przydomowy alarm, okazało się jak niewiele wiemy. Nie popisałam się, inteligencją też nie błysnęłam. W ogłoszeniu było napisane wyraźnie "obowiązują procedury adopcyjne". Asię aż na kilka sekund zatkało. Ja dalej zadowolona z siebie, że robię taki dobry uczynek przygarniając bezdomniaka, nieświadoma tego "wybuchu" w głowie opiekunki oczekuję odpowiedzi "Zapraszamy".

Właśnie wtedy spadł na mnie kubeł zimnej trzeźwiącej wody…

"A po co Ci ktoś ma oglądać chatę"

Asia z cierpliwością Anioła wytłumaczyła jak wyglądają procedury adopcyjne. Prawidłowe procedury. Jakbym wiedziała to co wiem teraz i byłabym na jej miejscu pewnie bym nie miała takiej cierpliwości.

Niestety okoliczne schronisko, choć nie jest jednym z najgorszych, procedury skraca właśnie do "dzień dobry - wybrałam psa - podpis na umowie - do widzenia". Więc skąd miałam wiedzieć?

Koniec końców, umówiliśmy się na spacer zapoznawczy.

Całą rodziną wpakowaliśmy się do samochodu. Te przejechane kilometry potwornie się dłużyły. Nie wiedziałam czego się spodziewać... no i było mi wstyd.

Demon skradł nasze serducha. Jednak patrząc z perspektywy czasu... nie wypadliśmy wzorowo jak na kandydatów rodziny dla haszczaka. Spacer nie był długi... a może tak mi się tylko wydaje. Przez ogrom informacji jakie dostaliśmy czas leciał szybko. Opowiedzieli nam o najgorszych cechach rasy, które mają pokrycie w Demonie. Nie wystraszyłam się, chociaż pies w typie tej rasy to wymagający cwaniak. A ja nie miałam żadnego doświadczenia w wychowywaniu psa…

Po powrocie do domu zabrałam się porządnie do lektury. Przetrzepałam i wchłonęłam każdą - nawet najgorszą - informację o rasie. Kiedy opadły emocje, po wizycie, otrzymaliśmy ankietę do wypełnienia. Nadal nie rozumiałam gdzie był haczyk. Czas oczekiwania na decyzje prawnej opiekunki Demona ciągnął się niemiłosiernie. Ale nie powiem, że nie był owocny. Nie można takich decyzji podejmować pod wpływem emocji. A kiedy widzisz te błękitne oczy emocje rozpruwają Ci zdrowy rozsądek, jak Demon rolkę papieru... czyli na strzępki.

Wizyta przedadopcyjna nie była dla Nas jakimś wielkim problemem. Niestety moi znajomi to negowali... Tekst rzędu "I po co tu przyjdą? Sprawdzić czy masz czysto? A po co ma Ci ktoś oglądać chatę" zripostowałam tak: Nie czystość będą sprawdzać, tylko warunki".

Teraz mam wrażenie, że w wizycie adopcyjnej nie chodzi tylko o warunki... Myślę, że przede wszystkim, chodzi o zaobserwowanie człowieka-kandydata na dom stały na "swoim terenie". Ludzie zajmujący się adopcjami muszą mieć jakieś dodatkowe zmysły... żeby wyczuć nieodpowiedniego człowieka. Podziwiam ich wytrzymałość na stres, że potrafią wziąć taką odpowiedzialność na siebie…

Pisząc pierwszy artykuł na bloga, nie wiedziałam jak zostanę odebrana. Chciałam przygotować się do tego jak najlepiej. Wiedziałam wszystko o moich emocjach, mogłam co nieco powiedzieć o reakcjach Demona na zmiany w jego życiu. Zastanawiałam się tylko jak zostaliśmy ocenieni przez opiekunów w trakcie spotkania zapoznawczego. Ciekawa byłam drugiej strony lustra. Zwłaszcza, że wraz z mężem byliśmy lekko zdezorientowani nową sytuacją, a dzieci zachowywały się jakby nigdy psa na oczy nie widziały. Córka się wystraszyła, kiedy Demon na nią skoczył i zaczęła krzyczeć. Syn nie chciał się od niego oderwać. Bałam się tej opinii. Mimo to postanowiłam zapytać.

Po jej otrzymaniu długo siedziałam wpatrzona w zamknięty jeszcze plik. Zebrałam całą swoją odwagę i "klik". Opinia nie była tak zła jakiej się spodziewałam. Nie była też sztucznie wyidealizowana. Po prostu prawdziwa. Otworzyła mi szeroko oczy i uświadomiła wiele błędów. Pozostało mi tylko wyciągnąć wnioski i nie dać więcej plamy.

Nosił wilk razy kilka... no i przywieźli mi wilka…

Po około miesiącu dostaliśmy pozytywną odpowiedź. Słowo "spróbujemy" brzmiało jak wygrana w totka. Poczułam, że ktoś mi chce zaufać. Wątpię, żebym czuła aż taką euforię biorąc psa za jeden podpis. W głębokim poważaniu miałam zdanie innych, że wodzono mnie za nos albo pytania jak mogłam sobie pozwolić, żeby tyle mnie trzymano w niepewności.

W przeddzień pojawienia się Demona u nas kompletowałam wyprawkę. Miski, zabawki, legowisko. Zdawałam sobie sprawę, że może u nas wcale nie zostać. Tego bałam się chyba najbardziej. Otrzymałam kolejną dawkę wskazówek i zapowiedź, że gdyby coś się działo mam dzwonić. Spotkanie trwało dość długo. Oprócz spaceru, wizyty u weterynarza była też wizyta w domu. Powiem szczerze, że jakoś nie sprawdzali warstwy kurzu na szafkach. Ani ilości pajęczyn w kątach. Wspominam to jako miło spędzony czas. No dobra, miałam lekkiego stresa.

Zostaliśmy w końcu sam na sam. Starałam się nie być nachalna, nie potęgować stresu, jaki przeżywał. Starałam się uspokoić swoje emocje. Stało się. Został członkiem naszej zwariowanej rodziny. Po zwiedzeniu całego domu oraz po pierwszej i ostatniej próbie zaznaczenia terenu, położył się spokojnie na swoim nowym legowisku. Miałam wrażenie, że spokój był tylko pozorny, bo z nad łap bacznie obserwował nas wszystkich.

I tak oto Pan i Władca Lasu zyskał swoje osobiste włości i służbę… a tej pierwszej nocy nie przespał chyba ani minuty.

Księżyc w pełni, czyli nocne serenady pod sypialnią…

Pierwszą noc wspominam najintensywniej. Dowiedziałam się wtedy, że mogę nie wiele spać i mieć siłę na spacer. A tak poważnie... uprzedzono mnie, że Demon to zapalony śpiewak. Zmiana otoczenia z pewnością nie pomogła mu się wyciszyć, więc... co mniej więcej pół godziny śpiewał serenady pod drzwiami mojej sypialni. Do samego rana. Próbował też wyczuwać na ile może sobie pozwolić. Próbował objąć władzę nad kanapą narożnika kuchennego. Zwiedził parapety w kuchni, o dziwo nie zrywając firanek. Z wyciem nocnym poradziliśmy sobie w około 3 tygodnie. Po malutku i konsekwentnie wprowadzaliśmy na co może wchodzić, a na co nie wolno... załapał. Tylko ja miałam problem załapać, kiedy skakał na klamkę, czy musi wyjść za potrzebą czy najzwyczajniej miał kompletny plan ucieczki. Więc chodziliśmy tak sobie na zewnątrz i z powrotem. Kiedy oswoił się z nowym domem i ludźmi dawał dużo jaśniejsze, dla mnie niedoświadczonej, sygnały swoich potrzeb fizjologicznych. Mimo wszystko nie trzeba było wymieniać drzwi, robił i robi to nad wyraz delikatnie. Jako łakomczuszek nauczył się również cierpliwie czekać na nagrodę za nieatakowanie śniadania dzieci. Nauka czekania na jedzenie zajęła nam dużo dłużej. Ale już po kilku miesiącach nauczył się nawet przynosić piłeczkę, z czego jestem szczególnie dumna. I mam nadzieję, że jego byli opiekunowie również mają powody do dumy.

Tak naprawdę i ja się wiele nauczyłam. O szkoleniu zwierząt wiedziałam tyle co baletnica o rąbaniu drzewa. Dostałam wiele wskazówek a resztę robiłam intuicyjnie.

Spacer w biegu, czyli psi zaprzęg na butach

Kto ma doświadczenie z psami zaprzęgowymi dobrze wie, jak boli ręka po krótkim spacerze z przedstawicielem ciągnących. Początkowo spacery były dla mnie stresujące. Demon różnie reaguje na inne psy. A mój stres kiedy widziałam jak pokazuje zęby nie pomagał mu się wyciszyć. Kiedy zrozumiałam, że to ja jestem kołem zębatym tej machiny musiałam popracować nad swoimi emocjami. Później nauczyłam się czytać sygnały, mowę jego ciała i współpraca zaczęła się układać.

Ktoś mądry powiedział mi ostatnio, że "normalni ludzie chcą, aby pies chodził koło nogi", najlepiej na luźnej smyczy... Ja też początkowo miałam na to parcie. Ludzie mówili, że wyglądam jakby to mnie pies na spacer wyprowadzał, a nie odwrotnie... Starałam się, szukałam sposobu na tego gada, ale zrezygnowałam. Wypracowaliśmy jedynie (na wypadek wypadu do dużego miasta) spowolnienie chodzenia na obroży. Zrezygnowałam nie dlatego, że mi nie wychodziło i się poddałam... Zrezygnowałam, bo on nie był szczęśliwy. Ja byłam sfrustrowana tym, że ciągle dyszał podduszając się obrożą. Kiedy kupiłam szelki zaprzęgowe i pas biodrowy spacery, dla obojga nas, stały się czystą przyjemnością. On robi to co kocha, a ja pokochałam to razem z nim. Nie powiem, żeby ta miłość nie była bolesna... wiele zdartych kolan, obitych tyłków, roztarganych spodni i... zdartych podeszw butów…

Zbliżając się do końca początku…

Demon jest z Nami prawie 3 lata. Początki nie były łatwe. Muszę jednak przyznać, że procedury adopcyjne, które wielu ludzi uważa za zwykłą biurokrację, bardzo nam ułatwiły wspólny start. Nie myślcie, że powiększenie rodziny o adopciaka to kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie jednorożce rzygają tęczą. To ciężka praca, praca nad samym sobą, nad swoimi emocjami, nad słabościami… Zdarzały się momenty, kiedy rozkładałam ręce i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wszystko czego nauczyłam Demona nie jest efektem mojej wielkiej wiedzy, jest owocem tego czego JA nauczyłam się od niego... i nadal się uczę. Taka niewidzialna nić porozumienia między bratnimi duszami…

Aby wyświetlić komentarze potrzebujemy użyć ciasteczek
Aby strona działała poprawnie, wykorzystujemy pliki cookies. Umożliwia nam to korzystanie z narzędzi marketingowych i analitycznych. Kliknij “akceptuję”, jeżeli zgadzasz się z naszą polityką cookies .